|
|
|
|
|
ALEKSANDRA STARZYCKA |
|
Karniowice, 10 lutego 2008 r. |
|
Droga Eufemio! Piszę do Ciebie, ponieważ wiem, że długo się nie odzywałam. Pragnę, abyś przeczytała ten list bardzo uważnie, dlatego że zawarte w nim są niezmiernie ważne treści na temat mojej działalności na rzecz uratowania całego drobiu świata. Mam nadzieję, że ponieważ jesteś moją przyjaciółką, mogę liczyć na Twoją dyskrecję. Proszę Cię również, abyś nie uznała opisanych poniżej przygód za zbyt szalone. Najlepiej wyjaśnię wszystko od początku. Pewnego dnia czytałam zajmującą opowieść o niejakim Don Kichocie. Zainspirowała mnie ona bardzo i pozwoliła mi patrzeć na świat z całkiem innej perspektywy. Postanowiłam zostać Donną Nieustraszonną i walczyć w obronie świata. W tym celu wyruszyłam w daleką podróż do krainy kotletów w bułce, mianowicie USA. Po kilku miesiącach podróży bogatej w wiele przeciwności losu dotarłam na Florydę. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być przyjazne, jednak po bardziej dogłębnym zbadaniu stanu zauważyłam, iż będzie potrzebna moja interwencja. Dostrzegłam bowiem, że zabija się tu bardzo wiele kurcząt. Co więcej, są one później brutalnie smażone na starym oleju spod chipsów. „Koniec z tym!” – powiedziałam i wzięłam się do dzieła. Zrobiłam plakat – prawdziwe arcydzieło – nie mógłby się powstydzić sam da Vinci. Widniała na nim rzeź bezbronnego drobiu. Miał on uświadomić mieszkańcom Florydy, co dzieje się za ich plecami. Następnie użyłam kserokopiarki do powielenia „postera”1. Później wybrałam się na przechadzkę w celu ich rozwieszenia. Na swojej drodze niespodziewanie spotkałam czarnoksiężnika a’la Barbeque. Obezwładnił mnie, zawiózł do swojej twierdzy w Texasie i zamknął w lochu z suszonej wołowiny. Było w nim ciemno oraz zimno. Pachniało czymś w rodzaju mięsa marynowanego w Pepsi Twist. Brakowało okien, a co za tym idzie – świeżego powietrza. Podłoga – dziwnie ciepła, lecz przesiąknięta wilgocią. Jednym słowem – nie były to warunki godne pięknej Donny Nieustraszonnej, córki wojowniczej księżniczki Xeny, przyjaciółki całego drobiu świata itp., itd. Po dwóch dniach spędzonych w niewoli nie wytrzymałam ciągłego milczenia i zawołałam: „Czarnoksiężniku! Czy to prawda, że nazywasz się Texas Grill?”. „Milcz, wegetarianko!” – odpowiedział. „Skąd wiedziałeś?” – spytałam. „Mam swoje sposoby, a czytanie w myślach jest niezawodne” – rzekł a’la Barbeque i odszedł. W mojej głowie kłębiły się tysiące myśli, jak uciec z tego koszmarnego miejsca. W rezultacie postanowiłam użyć telefonu komórkowego i wezwać na ratunek moją matkę, która miała przyjaciela Gugula ważącego googleplex2 ton. Wkrótce przybyli. Stoczyłam z ich pomocą zaciekłą walkę z owym czarnoksiężnikiem, a w ostateczności udało nam się go pokonać i na wieki zamknąć w lochu, w którym mnie trzymał. Mam nadzieję, kochana Eufemio, iż nie zanudziłam Cię. Jeszcze raz proszę, abyś nikomu nie opowiadała o tym, co tu przeczytałaś, ponieważ mogłoby to wywołać niepożądane skutki w formie bliżej nieokreślonej. Teraz jestem już w Polsce, mam nadzieję, że w wakacje uda mi się odwiedzić Cię w Twoim rodzinnym Pekinie. Całuję Cię mocno Ola (a’la Donna Nieustraszonna) 1postera (poster) – z jęz. ang. plakat
2googleplex
– „jedynka i sto zer” |
|
|
Anna Kurdziel |
|
Kczółkowo, 13.07.2007 r. - 29.02.2008 r. |
|
Drogi Franku! Co tam u Ciebie, Przyjacielu? Dawno nie pisałam. Sporo się zmieniło od naszego ostatniego spotkania. Teraz mam na imię Xena z Fodorr’kest – Wojownicza Księżniczka XXI wieku. Giermek został w pubie, pewnie już nie wróci. Koń? Nie mam, jestem piechotą (morską). Dobre, ale to akurat był żart. Chciałam Ci opisać dzień z mojego życia (a niby z czyjego – ech). Wiele się w nim zdarzyło. Od rana byłam straaasznie zmęczona – cały ranek myłam zęby. Bardzo wyczerpujące zajęcie. Napoleon też tak sądził, gdy się ostatnio spotkaliśmy. To jednak inna historia... Postanowiłam zrobić coś, żeby świat mnie pamiętał. Od razu przystąpiłam do działania. Wyprowadziłam z salonu swego wierzchowca (właściwie całe stado – 120 koni). Harley Davidson Night Rod Special z serii VRSCDX 2008. Co za cudo, mówię Ci! Jak to, czemu z salonu? Przecież nie będzie marzł w garażu! Mniejsza o to. Wsiadłam na niego i, po zaopatrzeniu w metalową kopię, ruszyłam w poszukiwaniu przygód. Z czapki zrezygnowałam (wiesz, irokez się nie mieścił). Kierunek – molo w Międzyzdrojach. Tam zawsze się coś dzieje. Marsjanie, kowboje, matrixy, agenci, lodziarze i inne dziwne stworzenia. Uwierz mi, trafiłam idealnie. Na końcu mola czaił się wielki wąż morski. Wyglądał dziwnie podejrzanie, ale żyrafa też lwu nierówna. Chociaż... Syrenka również tak myślała i jak skończyła... Podeszłam do niego, robiąc zamach, by strącić mu ten jajowaty łeb. Jajecznica, to jest to! Nawet sól pod ręką. Nici jednak z przekąski. Stał nieruchomo, nawet nie warknął! Po kilku nieudanych próbach dałam sobie spokój. To wszystko przez Ranoma! On im dał taką siłę. Przeklęta kreatura z magiczną piłką w ręce! Kręgielnia. Jak myślisz, podają tam jajecznicę? To by się zgadzało. Po jedzeniu przypomniałam sobie pewien zwyczaj rycerski. Gdzie to paliwo?! Koło, a może kwadrat? Einstein nie grał na puzonie... Dzyń! O, przepraszam, oksymoron to nie kwiatek. To przecież grzyb, który rośnie tylko pod sosnami. Pigułki, duuużo pigułek! Wybacz, ale po tych książkach często mi się tak zdarza. Ciekawe, dlaczego? Na starym śmietnisku osiedlowym spotkałam dwie dziewczyny w ciężkich dresach, z fajkami między szczękami. To godny przeciwnik. Zablokowałam im drogę, stając w poprzek motocyklem i krzyknęłam: - Kto uważa, że Johnny Depp nie jest najprzystojniejszym i najseksowniejszym facetem na świecie, niech stanie ze mną do pojedynku!
Nie
uzyskałam odpowiedzi od razu. Jakie to towarzystwo tępe! W końcu jedna
burknęła: Na to czekałam. Palnęłam ją w głowę kopią. Druga patrzyła na całą scenę nieco przymulonym wzrokiem. Potem zepchnęła mnie z grzbietu mojego rumaka, próbując uderzyć, ale jej też wymierzyłam cios kopią. Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują wyższe sfery – nadjechał niebieski wehikuł, z którego wysiadły równie niebieskie, uzbrojone demony. Wyglądały jak dwa wielkie, spocone buraki w mundurkach. Mordy miały nieprzeciętnie obrzydliwe, zarośnięte, skóra pełna dziwnych plam, wzrok nieludzki, dziki jak u wściekłego niedźwiedzia (albo nieźle przypitego bloomersa, szukającego zaczepki). Niebieskie koszule kontrastowały z czarnymi spodniami i wyglancowanymi butkami pokroju classic jazz. Jeden z nich trzymał w ręce... Właśnie, jak to się nazywa... Kajmanki? Kaj... Kaj... Kajdanki! Miałam już z nimi do czynienia, ale nie! Tym razem nie pozwolę się złapać! - Proszę odłożyć ten pręt i oprzeć ręce na karku! – krzyknął wyższy. Słucham? O, nie! Kucharz, mucharz, rycerz w drodze: - Ja ci dam pręt! - ryknęłam, biegnąc na niego z tym „prętem”. Od razu zarządzili odwrót. Wsiedli do wehikułu i odjechali. Dysząc ciężko, podrapałam się po głowie. - Na czym ja to...? – mruknęłam, ocierając czoło z potu. – Ah, no, jasne. Czyli jak zwykle po mojemu – powiedziałam, spoglądając na dwa leżące dresy. Wróciłam na siodło. Czas zrobić zakupy! Pojechałam do supermarketu, który spotkałam po drodze. Nie byłam w nim jeszcze nigdy. Weszłam jednak bez obawy i od razu zanurkowałam między półkami. Mówię Ci, wszystko tam mieli. Wkroczyłam do działu muzycznego, potem odwiedziłam „spożywczaka”, a wtedy... Haha... stało się... Hahaha... to. Zabłądziłam. Najzwyczajniej w świecie. Szukając wyjścia, spotkałam dziewczynę, która siedziała smutna na skrzynce piwa. - Czemu jesteś taka smutna? – spytałam, siadając koło niej, na swojej skrzynce. - Nie mogę znaleźć wyjścia – mruknęła płaczliwym tonem. - Ja też – westchnęłam i uścisnęłyśmy się jak dwie dobre kumpele. - Nie bój się – powiedziałam po chwili milczenia, stając na skrzynce niczym przywódca, dowodzący oddziałem ludzi zagubionych w dżungli. – Znajdę wyjście! Uratuję nas! Wyprowadzę wszystkich na zewnątrz! Jak tu stoję! Tylko że już nie stałam, bo skrzynka nie wytrzymała i walnęłam całą masą o płytki. Pech. Poszłam dalej. Przeszłam przez jakiś dział wojskowy, bo siedziało tam dwóch dziwaków, którzy rozbrajali... bombę! Tak brzmiała ich rozmowa: - Hej, a jak wybuchnie? - Nic nie szkodzi, tam leży druga... Hmm... A to mnie chcieli zamknąć do wariatkowa. Chyba oni też pragnęli jak najszybciej wyjść z tego supermarketu. Wkrótce jednak straciłam nadzieję. Wyobrażasz sobie to? Siedzę w jakimś ŻEAĄNCIE i czekam na znak z niebios, który prawdopodobnie nie przejdzie przez warstwę tych trzech pięter. Ściany? O, matko, farba, oni mają prochy, kontrolują nas! Patrzą – tu są kamery, agenci! AAAAaaaAaA! Pigułki! Nie, kamień. K... Kaniem? Coo?! Jestem wciąż w Polsce! Ja cię kręcę... Widzisz? Znowu... Przyjacielu, 42 kilometry zrobiłam, zanim znalazłam wyjście! Pewnie się zastanawiasz, dlaczego tak dziwnie napisałam datę listu. Otóż, dlatego że treść, którą właśnie przeczytałeś, pisałam latem zeszłego roku, teraz zaś piszę, widząc za oknem wątpliwy urok mijającej zimy. Siedzę już któryś miesiąc w legendarnym pokoju bez klamek (to prawda, ktoś je powyciągał! Pewnie ten doktorek...) i, wyobraź sobie, nie mogę naprawiać świata! Draństwo, doprawdy. Ha, ale nas tu niemało. Siedzi ze mną Napoleon, o którym Ci wspominałam (jego też złapali), Kmicic – wcześniej to był Mao-Tse-Tung, ale się ludzie zmieniają, Cezar i kilku innych ciekawych ludzi. Jeden uważa, że jest wysłannikiem Boga, ale ten zaś zaprzecza, mówi, że nikogo nie wysyłał. Straaasznie lubię tych cwaniaków. Wiesz co? Postanowiłam, że zamiast podbijać świat, wystarczy mi na początek oddział, w którym stacjonuję. Dowodzi nim (a właściwie dowodziłaby, gdyby nie McMurphy) siostra Ratched, okropnie wredna baba. Poważnie; jest żywym trupem w wyczyszczonych lakierkach. Nie daje nam jednak rady. Wszyscy mają wyśmienitą zabawę, kiedy są spotkania. Mam radochę też dlatego, że niedawno dołączyła do mnie reszta mojej starej klasy z gima. Bredzą coś o listach, rycerzach, błędach i takie różne. Ciekawe, co im się stało... Frank, a Ty kiedy przyjedziesz? Nawet nie mam okazji posłuchać, jak grasz na Pansy. Chyba, że ją wymieniłeś. Odwiedź mnie kiedyś. Jak stąd wyjdę, to też napiszę. Pozdrów Mikeya z New Yersey. Niech moc będzie z Tobą XXXena PS Ranom to czarownik, dzięki któremu potwory morskie są odporne na uderzenia i wyglądają żywcem jak latarnie. Wiesz, jakbyś go nie znał. x)
|
|
|
Julia Pałczyńska |
|
Paryż, 02 II 2008 r |
|
Droga Katie! Piszę do Ciebie, by opowiedzieć o moich przygodach. Wiem, że ostatnio urwał nam się kontakt, więc teraz spróbujmy go znów nawiązać. Sądzę, że przeczytasz ten list z wielkim zainteresowaniem, gdyż to, co mi się przytrafiło, było naprawdę zdumiewające.
Moją podróż w poszukiwaniu przygód rozpoczęłam w Twojej
ojczyźnie – Anglii, Kolejne zdarzenie miało miejsce kilka tygodni później, w Paryżu. Podczas spaceru po mieście „wyrosła” na mojej drodze wieża Eiffla. Zdenerwowana, podjęłam rozmowę. - Dlaczego stoisz na mojej drodze?! Nie możesz się przesunąć? Potrzebujesz balsamu na swe zardzewiałe nogi? – krzyknęłam, patrząc na nią z wyrzutem. - Mogłabym zapytać o to samo! – odpowiedziała (swoją drogą – niezbyt mile). - Aaa... Zapomniałam! Przecież ty po walce ze Statuą Wolności zostałaś zaliczona do pierwszej grupy inwalidzkiej i od dobrych „paru” lat się nie poruszasz. Wieża nic nie odpowiedziała. Postanowiłam nie atakować dumy naszego miasta, którą nazywamy „Damą Paryża”, bo wiadomo, że wobec dam trzeba mieć jakiś szacunek. Ruszyłam dalej, trzymając w jednej ręce miecz, a w drugiej chanson de geste (dokładniej – „Pieśń o Rolandzie”). Zmierzałam do Lasku Bulońskiego, chciałam bowiem poczytać poematy rycerskie, a to miejsce wydawało mi się jak najbardziej odpowiednie. Po przekroczeniu „progu” parku ujrzałam kilometry ścieżek, jezioro, ogrody, muzeum, a nawet tor wyścigów konnych i kolejkę dla dzieci. Z historii wiem, iż w tym miejscu znajdowało się parę klasztorów, plantacja jedwabników, a także, że „lasek” dawał schronienie bandytom. Obecny jego wygląd i „przeznaczenie” bardziej jednak pasują do tego miasta. Wracając do rzeczy... Swoje kroki skierowałam w stronę akwenu wodnego. Będąc już blisko, usłyszałam rechot żaby. Pomyślałam: „To musi być przeznaczenie! Zapewne pod postacią tego płaza kryje się mój jedyny!”. Rzuciłam wszystko na bok i skoczyłam w krzaki. Poszukiwania trwały do zmierzchu. Czego się nie robi dla miłości?! Wprawdzie płaz jeszcze nie przemienił się w pięknego młodzieńca, chociaż całusów dostał niemało. Wierzę jednak, że to wszystko przez jego nieśmiałość, ale kiedyś metamorfoza nastąpi i będziemy razem! Mam nadzieję, iż przygody te, jak zaznaczyłam na wstępie, zainteresowały Cię i Twoje odczucia będą podobne do moich. W następnym liście opiszę dokładnie miasto, w którym mieszkam, oddam jego piękno, zachwycające każdego, kto je zwiedza. Liczę na szybką odpowiedź z krótkim sprawozdaniem wydarzeń z ostatnich miesięcy. Pozdrawiam Donna Julietta
PS W
załączeniu przesyłam kilka zdjęć. |
|
|
Katarzyna Zając |
|
Dulowa, 10.02.2008 r. |
|
Droga Eloizo! Na wstępie mojego listu chciałabym Cię bardzo serdecznie pozdrowić. Powinnaś wiedzieć, że gdyby nie zacny pan Siejka, który obiecał mi konia z rzędem oraz to, że zostanie moim giermkiem aż do końca, póki śmierć nas nie rozdzieli, nie napisałabym tego listu. Jak sama zapewne wiesz, każda „błędna rycerka” musi mieć wybranka swego serca. Moim stał się brat bliźniak naszego prezydenta. Żałuj, Eloizo, że głowa Waszego państwa – Madagaskaru – nie ma takiego wspaniałego brata. Jest taki słodki, a co najważniejsze – wciąż wolny. Dla niego mogłabym zrobić wszystko, ale nie uprzedzajmy faktów… Najpierw postanowiłam dokonać czegoś na potwierdzenie mej dozgonnej miłości, czegoś spektakularnego, co miałoby szeroki oddźwięk w mediach. Dotarłam więc nad brzeg Wisły i stwierdziłam, że wielką sensacją byłoby zmienienie jej biegu. Od razu wpadłam na genialny pomysł, jak to zrobić. Zaczęłam szarpać moim kijem srebrzyście falujący nurt wody, ze strony lewej w prawą, czyli w przeciwnym kierunku, niż dotychczas płynął. Robiłam tak regularnie każdego dnia przez tydzień. W międzyczasie przeprowadziłam wywiad z redakcją „Pudelka”, z reprezentantami gazetki szkolnej Gimnazjum nr 3 w Trzebini oraz z renomowanym dziennikiem „Fakt”. Największą radość sprawiło mi jednak to, że pojawił się mój najdroższy, mówiąc, że brak mi piątej klepki. Byłam niezmiernie zadowolona z faktu, że mam cztery pozostałe. Krzyczał coś także o podważaniu jego autorytetu. Zupełnie nie wiem, o co mu chodziło, bo moja waga popsuła się trzy dni temu, gdy pierwszy raz na nią weszłam. Co, Moja Droga, byś pomyślała? Przecież to oczywiste, że on pała do mnie niepohamowanym uczuciem, Ten błysk w jego oku, gdy usiłował odciągnąć mnie od zawrócenia Wisły. Pasja, z jaką wykrzykiwał, żeby przynieśli mi kaftan. Widzisz, jak martwi się, by nie było mi zimno? Z wrażenia uprzytomniłam sobie, że muszę skorzystać z toalety. Tak, Eloizo, niestety w tym romantycznym momencie. Rozglądając się w poszukiwaniu WC, przeszłam przez most i w końcu skorzystałam z usług sanitarnych. Gdy wyszłam, spotkało mnie nie lada szczęście. Rzeka płynęła w prawo! Wiedziałam, że mi się uda! Z wyrazem triumfu na twarzy wyruszyłam w dalszą podróż. Następnym celem mojej wędrówki stało się słynne na całą wieś osiedle ZWM. Gdy już tam dotarłam, moim oczom ukazał się przerażający widok. Całe osiedle pogrążone było w mroku. Z najciemniejszych zaułków dało się słyszeć dzikie pomruki kotów, a w powietrzu unosił się odurzający zapach rozkładającego się ciała. Próbując przemknąć niepostrzeżenie obok przerażającego budynku Gimnazjum nr 3, o mało nie potknęłam się o leżącego na ziemi pijaka. Postanowiłam nie zwracać na niego uwagi i iść dalej przed siebie. Nagle, zza zasłony mroku, na samym środku ogromnego placu wyłonił się piękny, biały budynek. Przez dłuższą chwilę stałam bez ruchu i patrzyłam w niego jak zaczarowana. Moje oczy upajały się śnieżnobiała barwą jego murów. Nie mając pojęcia, co może się w nim mieścić, lekkim krokiem podążyłam w jego kierunku. Po przekroczeniu nieoliwionych od wieków drzwi weszłam do środka i zaczęłam się rozglądać. Zobaczyłam kobietę z ogromną strzykawką w ręku. „Tu przeprowadzają badania na zwierzętach” – pomyślałam. Bez chwili zastanowienia rzuciłam się na tę potworną kobietę bez serca i zaczęłam gryźć. Obezwładniłam ją, przywiązując do kija od miotły. W tym samym momencie dostałam SMS, że mam kupić chleb, masło oraz młotek, więc zadowolona, że uratowałam niewinne zwierzęta, wyszłam budynku. W ostatniej chwili mignął mi napis „Dom opieki społecznej”. „A jednak te badania to na ludziach!” –pomyślałam z tym większą satysfakcją. Moją ostatnią historią, którą opowiem Ci w tym liście, jest próba ratunku przeze mnie wielu osób przed niechybną śmiercią na lodzie. Było to tak: idąc ze sklepu z chlebem, masłem i młotkiem, ujrzałam bez przerwy przewracających się ludzi z dziwnymi butami na nogach. „Trzeba im pomóc!” – pomyślałam. Od razu tam pobiegłam i dopiero wtedy zauważyłam, że podłoże pokrywa śliska substancja, która uniemożliwia wydostanie się biednym ludziom z tego miejsca. Bez namysłu wkroczyłam do akcji. Nie mogłam przecież tego tak zostawić, prawda, Eloizo? Wiem, że na moim miejscu postąpiłabyś tak samo. Wyjęłam z ekologicznej papierowej torby mój nowo zakupiony młotek i poczęłam raz po raz energicznie uderzać w lód. „Co ty robisz?!” – zawołał jeden z ludzi, dziwnie poirytowanym głosem. „Ratuję wam życie! Nie zauważyłeś?” – odpowiedziałam lekko zdziwiona jego reakcją. „Brak ci piątej klepki, dziewczyno” – odpowiedział mężczyzna, a ja, mając przed oczami sylwetkę ukochanego, gdy mi to mówił, ze łzami wzruszenia w oczach poszłam ucałować nieznajomego za to, że przypomniał mi o tej wspaniałej chwili. Po tym zdarzeniu wróciłam do domu i oddałam mamie zakupy w ekologicznej torbie. Sama widzisz, ilu ludziom ostatnio pomogłam. Szkoda, że Madagaskar jest tak daleko i Ty nie mogłaś do mnie przyjechać. Jak sądzisz, czy mój najdroższy będzie ze mnie dumny? Jeśli zobaczysz, że komuś dzieje się krzywda, od razu daj mi znać, na pewno pomogę. Odpisz szybko. Pozdrawiam
Katarzyna Zeta – Jąc |
|
|
Rafał Pamuła |
|
Warszawa, 01.02.2008 r. |
|
Drogi Saddamie! Już od bardzo dawna nie miałeś ode mnie żadnych wieści. W tym właśnie czasie przeżyłem wiele przygód, ponieważ zostałem błędnym rycerzem. Wraz z moim giermkiem Adolfem wyruszyłem w świat, aby zdobyć sławę i bogactwo. Udało się nam i wróciliśmy do domów ze skrzyniami pełnymi złota. W czasie podróży mieliśmy kilka perypetii, które chciałbym Ci opisać. Pewnego dnia, około godziny dwunastej, jechaliśmy samochodem w kierunku Torunia, gdzie zostaliśmy zaproszeni na herbatkę u Tadka. Szosa była zupełnie pusta. Słońce pięknie świeciło, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Po obu stronach drogi znajdowały się łąki porośnięte wspaniałymi kwiatami i krzewami. Nagle zobaczyłem sześciu olbrzymów, którzy stali na środku polany. Postanowiłem ich zaatakować. Tchórzliwy Adolf, chcąc uniknąć walki, zaczął mi tłumaczyć, że to tylko wiatraki. Zatrzymałem samochód pięćset metrów przed moimi wrogami. Potem wcisnąłem pedał gazu i pojazd ruszył prosto na jednego z potworów. Miał on, niestety, kamienną skórę, więc auto odbiło się od niego jak piłka. Przegraliśmy tę bitwę, gdyż nasz niebieski fiat nadawał się tylko do kasacji, a olbrzymy dałoby się pokonać jedynie przy użyciu armaty. Adolf wyciągnął więc nasze torby z bagażnika i ruszyliśmy dalej pieszo w stronę Torunia. Mój giermek płakał, że do willi ojca jeszcze trzydzieści kilometrów i bez samochodu nie damy sobie rady. Pocieszyłem go, bo dobroduszny Tadeusz na pewno da nam nowy, gdy tylko założymy moherowe berety oraz wspomożemy radio całą duszą swoją, ciałem, umysłem i rentą. Z takim nastawieniem pomaszerowaliśmy ochoczo naprzód. Innego razu, na autostradzie prowadzącej do Częstochowy, ujrzałem około pięćdziesięciu rozbójników z odwróconymi krzyżami na szkarłatnych szatach. Na końcu pochodu jechała czarna limuzyna. Kierował nią bardzo umięśniony mężczyzna w mundurku i okularach, a z tyłu siedział człowiek w eleganckim garniturze. Był to oczywiście więzień zbójców. Jako mężny rycerz postanowiłem go uratować. Adolf próbował mnie powstrzymać, mówiąc, że to jest pielgrzymka satanistów na Jasną Górę, a w tej limuzynie jedzie zupełnie przypadkowo Roman Giertych z ochroniarzem. Kazałem mu się uciszyć, a ja zacząłem jechać prosto na karawanę. Wystraszeni rabusie rozbiegli się we wszystkie strony i zniknęli mi z oczu. Następnie zatarasowałem drogę pojazdowi, który wiózł jeńca. Wyszedłem z samochodu i podszedłem do uchylonego okna limuzyny. - Szlachetny panie! Jesteście wolni – zawołałem. - Dziękuję panu za rozpędzenie tej pielgrzymki. Nie dało się ich wyminąć i wlekliśmy się tak już od Katowic – odpowiedział ocalony przeze mnie biedak. – Nazywam się Roman Giertych. Serdecznie dziękuję. - A ja jestem Don Konserwator – rzekłem, podając mu rękę. - Miło mi poznać. Mogę już jechać dalej? - Panie! Niech pan pojedzie do Warszawy i opowie mej ukochanej, jak pana uratowałem z rąk tych krwiożerczych bandytów! - Ja nie mam, niestety, czasu. Niech pan sobie nie myśli, że skoro nie jestem już politykiem, to mam czas na wszystko! - Najmocniej przepraszam, ale... - Zdecydowałem się jednak powrócić do życia medialnego! Bardzo mi żal tego, co było, a w chwili obecnej nie ma. Brak mi tych wszystkich kamer, telewizji i afer. Wiem też, że młodzież i pacholęta ze szkół podstawowych strasznie przeżyły moje odejście. Płaczą po nocach, piszą listy i dlatego ogłaszam mój powrót! Tak! Wracam w nowym stylu! Odkryłem w sobie naturę buntownika, więc założyłem zespół heavymetalowy. - To wspaniała wiadomość! Czy ma on już jakąś nazwę? - Romstein, ale rozważamy też The Ligels. Nie mogę dłużej z panem rozmawiać, ponieważ za godzinę mamy koncert. Do widzenia! - Powodzenia! Kierowca zapalił samochód i odjechali. Stałem przez chwilę sam, a potem wsiadłem do swego nowego BMW, daru od pobożnego, miłosiernego ojca Rydzyka i wraz z Adolfem wyruszyliśmy na poszukiwanie nowych przygód. Widzisz więc, że nawet dobrze jest być błędnym rycerzem. Można na przykład poznać wielu ludzi. Napisz mi, co tam u Ciebie w Iraku oraz jak się miewa nasz stary przyjaciel z wojska Osama. Czekam na Twój list. Pozdrawiam Don
Konserwator
|
|
|
Sebastian Kamieniarz |
|
Alcatraz, 21 V 2008 r. |
|
Drogi Matthew Piszę do Ciebie ten list, ponieważ chcę Ci opisać, co się ze mną działo w przeciągu tych kilku miesięcy. W końcu zrozumiałem Don Kichota. Przeżyłem przygody podobne do jego i teraz już wiem, jak to jest zwariować od książek. Wydaję się to dziwne, ale sam postanowiłem zostać błędnym rycerzem. 15 marca do trzeciej w nocy siedziałem nad książką. Kiedy ją przeczytałem, położyłem się spać. Gdy obudziłem się późnym rankiem, czułem, że coś jest ze mną nie tak. Chciałem mieć własnego rumaka! Poszedłem do garażu, wyciągnąłem rower, popatrzyłem, a następnie stwierdziłem, że w takim stanie nie nadaje się na ogiera. Udałem się do drewutni i z wszystkich zbędnych rzeczy wykonałem makietę przedstawiającą konia. Nałożyłem ją na bicy kl, który nazwałem Pajacyntem. Pajacynt był koniem arabskim. Miał lekką budowę ciała, wysoko osadzony ogon. Jego głowa miała szczupaczy profil. Był bardzo silny, szlachetny oraz elegancki. Do tego kasztanowa maść. Arab posiadał szeroką pierś i lekką, „łabędzią” szyję. Ponadto był bardzo szybki. Potem przyszła mi na myśl lśniąca zbroja. Zrobiłem ją z tektury (niestety, nie lśniła). Następnie miecz. Nie znalazłem nic, co mogłoby za niego posłużyć. Pomyślałem o pewnym rycerzu, który posługiwał się toporem. W drewutni znalazłem takowy i włożyłem go za pas. Po zebraniu reszty ekwipunku kompletnie oszalałem – udałem się na wyprawę. Wyruszyłem ze wsi Luszowice w stronę lasu. Z oddali zauważyłem płomień. Zbliżałem się coraz bardziej i zobaczyłem ludzi z kiełbaskami na kijach wokół ogniska. „To jakaś sekta!” – pomyślałem i rzuciłem się do ataku. Urządziłem im prawdziwą rzeź. Na koniec pożywiłem się kiełbaskami, które pewnie były elementem egzorcyzmu. Przez parę następnych tygodni dalej podróżowałem na moim rumaku w stronę północnego wschodu. W okolicach Koźmina ujrzałem dwa metalowe pojemniki. W środku były szklane i plastikowe butelki, puszki oraz wiele, wiele innych rzeczy. „Tu pewnie poddani składają dary dla władcy tych włości – Kazika” – powiedziałem do siebie i zaczekałem na jakiegoś kmiecia, który odda ofiarę dla swojego pana. Po chwili ujrzałem dwóch zarośniętych i wychudłych mężczyzn z metalowymi prętami. Zaczęli wyciągać nimi puszki. - Jesteście wysłannikami Kazika? – zapytałem. - Dasz dwa złote na piwo? – odpowiedział pytaniem na moje pytanie. - Jakie dwa złote?! – zbulwersowałem się. - No masz to dwa złote czy nie? – kontynuował. - Nie mam żadnych dwóch złotych! – wykrzyczałem. - To spieprzaj, dziadu! – wywrzeszczał jeden. - No właśnie, dziwaku! – dodał drugi. Po tym dialogu stwierdziłem, że nie są gońcami Kazika i pokazałem im, gdzie pieprz rośnie. Oszczędziłem im życie, ponieważ wyglądali tak, jakby nie jedli od dwóch tygodni, a co to za przyjemność zabijać jakiegoś niedojadka? Po uratowaniu skarbu pana tych okolic udałem się dalej. Po kilku następnych tygodniach Pajacynt zaczął dziwnie się zachowywać. Chyba bolały go nogi. Zatrzymaliśmy się pod jakimś budynkiem z czymś w kształcie butelki oraz piłką nad wejściem. Było to w mieście Jaworzno. Wszedłem do środka, a moim oczom ukazał się proces torturowania karłów. Ludzie ustawiali ich w czterech rzędach kolejno po jednym, dwóch, trzech i czterech, a potem rzucali do nich ciężkimi kulami. „Przecież to jakaś paranoja! To nie ich wina, że są tacy mali! Nie możecie ich za to karać!” – po wykrzyczeniu tych słów jak zwykle dzielnie ruszyłem do boju. Pierwszy – padł, drugi – padł, trzeci – padłem ja. On chyba znał karate albo jakieś inne kung-fu! Na szczęście po takim uderzeniu w twarz obudziłem się z mojego transu. Wstałem i wsadzili mnie do jakiegoś wozu. Jak się pewnie domyślasz, za pierwszym razem zaatakowałem bezbronnych ludzi pieczących kiełbaski, za drugim broniłem śmietnika, a za trzecim chciałem zabić kręglarzy. Tak właśnie bawiłem się przez te parę miesięcy, a teraz piszę do Ciebie z więziennej celi. Będę miał dużo czasu na czytanie książek, ale już nie tych o błędnych rycerzach. Mam nadzieję, ze u Ciebie w Irlandii wszystko w porządku. Gdybyś chciał mnie odwiedzić, zapraszam do Alcatraz w USA. Po zabiciu tylu ludzi w takim stroju nie chcieli mnie w Polsce. Chętnie zjem jakieś ciasto (taka sugestia). Do zobaczenia wkrótce Jan Kowalski – Don Kowal
PS
Oglądałeś serial „Prison Break”? Taka kolejna sugestia. |
|
|
Stanisław Świątek |
|
Władywostok, 18.02.2003 r. |
|
Drogi Engelbercie! List ten pragnę zacząć od poinformowania Cię o dobrym zdrowiu Leszka. Mój pies, choć podczas Twego pobytu u nas ledwo żył, teraz czuje się świetnie. Mówię Ci o tym, ponieważ wiem, że zawsze go lubiłeś. Przechodząc do treści listu, chcę Ci opisać me przygody, gdy byłem „błędnym rycerzem”. Podróż zacząłem i skończyłem we Francji. Spotkałem tam człowieka imieniem Bertuccio. To, co się mówi o ludziach – prawda czy fałsz, częstokroć może tak samo zaważyć na ich życiu, a zwłaszcza na losie, jak ich własne uczynki. Tak było właśnie z tym mieszkańcem Marsylii (gdzie się zatrzymałem). Ktoś roz puścił plotkę, iż rzekomo imć Bertuccio przeszmuglował dwie setki beczek z prochem dla terrorystów. Od tej pory źle wyglądał w oczach ludzi. Ja osobiście przez ponad dwa miesiące na tyle poznałem tego jegomościa, że nie wierzę w te opowiastki. Chcąc przybliżyć Ci jego charakter, opiszę naszą wspólną przygodę w „poszukiwaniu skarbów”, jak mawiał Bertuccio. Popłynęliśmy stateczkiem i zmierzaliśmy w bliżej nieokreślonym kierunku. Ograniczyliśmy się do małej łupiny, gdyż było nas tylko dwóch. Po pewnym czasie zauważyliśmy większy okręt, który nas chyba nie widział, bo płynął prosto na łódeczkę. W tym momencie mój przyjaciel (od tamtej pory mogę go tak nazywać) pociągnął mnie i wrzucił do wody, po czym sam do niej wskoczył. Po kilku sekundach nasz stateczek został przerobiony na drzazgi pod naporem okrętu. Po chwili (o dziwo) ktoś zawołał: „Człowiek za burtą!” Rzucili nam zwijaną linkę i dostaliśmy się na pokład. Tam podszedł do nas młodzieniec. Najwyżej dwudziestolatek, wysoki, szczupły, o pięknych oczach i włosach jak heban. Cała jego postać tchnęła spokojem i energią właściwą ludziom, którzy od dzieciństwa przywykli walczyć z niebezpieczeństwem. Nie przedstawił się jednak, powiedział tylko, że jeżeli chcemy, to możemy z nimi popłynąć. Przystaliśmy na to. Po posiłku przydzielili nam wspólną kajutę, a tam opowiedziałem współtowarzyszowi, iż jestem „błędnym rycerzem” i jeśli chce, może zostać moim giermkiem. Przystał ochoczo. Co prawda moim środkiem transportu jak na razie był statek, a nie wierzchowiec, lecz to niczego nie dowodzi. Następnego ranka obudził nas huk armat. Wybiegliśmy na pokład, a tam trwała już bitwa morska. Nasz statek ostrzeliwał inny i vice versa. Niestety, wroga załoga zyskała przewagę dzięki większej liczbie dział. Kwadrans później doszło do abordażu, nasi wrogowie łupili co się da i zabijali tak samo. Ja sam w porywie odwagi lub silnych emocji chwyciłem lezącą klingę i rzuciłem się w wir walki. Pokonałem ze dwóch, kiedy znienacka zaatakował mnie następny. Bertuccio go postrzelił, a ten wpadł w bezmiar morza. W końcu tych, którzy przeżyli z naszej załogi, wzięto do niewoli. Ponieśliśmy klęskę. Szczęściem okazało się, że owy proch (plotka była prawdą) Bertuccia został sprzedany właśnie tym piratom (lub terrorystom, jak ich zwą władze). Wdzięczni dali nam łódeczkę i odprawili do domu. Wracając do Marsylii, chciałem odbyć rozmowę z moim wybawcą, ale on w tym momencie wyjął swój kieszonkowy laptop. Próbował odnaleźć najkrótsza drogę, aby szybko dobić do brzegu. Potem wyjął telefon i zadzwonił do jakiegoś Barnaby, chcąc z nim porozmawiać o dostawie towaru. Oto fragmenty tej konwersacji: - Ooo, dzień dobry, mamo Barnaby. - Witaj. - Syna nie ma w domu? - Nie, ale jest tata Barnaby albo Mała Pi. - Nie, porozmawiam z panią. Co u pani? - Nic ciekawego, a ty, mój drogi, dawno się nie odzywałeś… - Płynę łódką z jakimś psychopatą sądzącym że jest „błędnym rycerzem”, a ja jego giermkiem. Niestety, na głupotę nie ma lekarstwa. - Niestety, mój drogi nie, ale nie trać nadziei, może da ci wreszcie spokój. - Mamo Barnaby… Próbowałem się go pozbyć podczas bójki, ale nawinął się jakiś chłystek i już nigdy nie wróci do domu. - Przykro mi. To może zniszcz łódkę i sam dopłyń do brzegu, jesteś dobrym pływakiem. - To też już było, ale mnie pociągnął i razem wpadliśmy do wody. No to kończę, bateria mi siada. Do widzenia. - Pa, pa. Nie wiem, o co mu chodziło, ale to chyba jakieś pochwały. Po powrocie Bertuccio ulokował mnie w hotelu z miękkimi ścianami, bez klamek i okien. Mówił, że to jakieś Spa. Mój Drogi, to tyle z moich opowieści. Co prawda znasz tylko jedną z wielu przygód, ale reszta jest opisana na www.tastronanieistnieje.pl. Życzę szczęścia i pozdrawiam Ciebie i całą Twoją Rodzinę. Twój najlepszy przyjaciel Medeard
|
|
|
|
|
Gordon Lightfoot Don Quixote |
|
Through the woodland, through the valley, comes a horseman wild and free, Tilting at the windmills passing, who can the brave young horseman be? He is wild but he is mellow, he is strong but he is weak. He is cruel but he is gentle, he is wise but he is meek.
Reaching for his saddlebag, he takes a battered book into his hand, Standing like a prophet bold, he shouts across the ocean to the shore 'Til he can shout no more.
I have come o'er moor and mountain, like the hawk upon the wing, I was once a shining knight who was the guardian of a king. I have searched the whole world over looking for a place to sleep, I have seen the strong survive and I have seen the lean grow weak. See the children of the earth who wake to find the table bare, See the gentry in the country riding off to take the air.
Reaching for his saddlebag, he takes a rusty sword into his hand, Then striking up a knightly pose, he shouts across the ocean to the shore 'Til he can shout no more.
See the jailer with his key who locks away all trace of sin, See the judge upon the bench who tries the case as best he can. See the wise and wicked ones who feed upon life's sacred fire, See the soldier with his gun who must be dead to be admired. See the man who tips the needle, see the man who buys and sells, See the man who puts the collar on the ones who dare not tell. See the drunkard in the tavern stemming gold to make ends meet, See the youth in ghetto black, condemned to life upon the street.
Reaching for his saddlebag, he takes a tarnished cross into his hand, Then standing like a preacher now, he shouts across the ocean to the shore, Then in a blaze of tangled hooves, he gallops off across the dusty plain,
In vain to
search again,
|
|
Konrad Siata - wersja polska Przez
lasy, przez doliny jedzie jeździec dziki i wolny. Zbliża się do wiatraków, kim może być dzielny, młody jeździec? Jest dziki, lecz łagodny; jest silny, lecz słaby. Jest okrutny, lecz delikatny; jest mądry, lecz potulny
Sięga do torby przy siodle, bierze do ręki sponiewieraną książkę, Stoi jak śmiały prorok, krzyczy poprzez ocean po brzeg, Dotąd, aż nie może krzyczeć już.
Przybyłem przez wrzosowiska i góry, jak jastrząb na skrzydłach. Byłem raz lśniącym rycerzem, który strzegł królów. Przemierzyłem cały świat, by znaleźć miejsce do spoczynku. Widziałem trudne ocalenia i widziałem słabnącego chudzielca. Spójrz na dzieci ziemi przebudzone, by znaleźć pusty stół. Spójrz na szlachtę przemierzającą okolice, by zaczerpnąć powietrza.
Sięga do torby przy siodle, bierze do ręki zardzewiały miecz, Wtedy przybiera rycerską pozę, krzyczy poprzez ocean po brzeg, Dotąd, aż nie może krzyczeć już.
Spójrz na strażnika więziennego ze swoim kluczem, który zamyka każdy ślad grzechu. Spójrz na sędziego przy ławie, który sądzi przypadek najlepiej, jak umie. Spójrz na mędrca i podłego, którzy karmią swoje życie świętym ogniem. Spójrz na żołnierza ze swoją bronią, który musi umrzeć, aby być podziwianym. Spójrz na człowieka, który przechyla drut, spójrz na człowieka który kupuje i sprzedaje. Spójrz na człowieka, który zakłada kołnierz na tych, którzy odważyli się nie mówić. Spójrz na pijaka w tawernie przepuszczającego złoto, aby przeżyć. Spójrz na młodzież w czarnym getcie, skazaną na życie na ulicy.
Sięga do torby przy siodle, bierze do ręki poplamiony krzyż. Wtedy stoi jak kaznodzieja. Krzyczy poprzez ocean po brzeg. Wtedy w blasku splątanych kopyt galopuje poprzez zakurzoną równinę. Na próżno szukać znów. Gdzie nikt nie usłyszy.
|
|
Marcin Muskała – wersja polska
Mija pola wiatraków, kim młody, dzielny jeździec może być? Jest dziki, a pomimo tego spokojny, silny, ale słaby. Jest
okrutny, lecz łagodny, mądry, ale głupi. Wyciąga ze swojej torby bardzo starą książkę. Stojąc jak prorok, krzyczy przez ocean do odległego brzegu. Tak długo, jak może. Przeszedłem przez bagna i góry, jak jastrząb wysoko na skrzydłach. Kiedyś byłem sławnym rycerzem, strażnikiem króla. Przeszedłem cały świat, szukając miejsca do spania. Widziałem, jak silni przeżywają, a słabi umierają. Zobacz dzieci ziemi, które budzą się, by widzieć pusty stół. Zobacz szlachtę, która wyjeżdża z kraju, by zaczerpnąć powietrza.
Wyciąga ze swojej torby zardzewiały miecz. Stojąc jak książę, krzyczy przez ocean do odległego brzegu Tak długo, jak może.
Zobacz strażnika z kluczami, zamykającego drogę do grzechu, Zobacz sędziego próbującego rozwiązać sprawę jak najlepiej. Zobacz mędrców i nikczemników, którzy karmią święty ogień życia, Zobacz żołnierza z bronią w ręku, który musi umrzeć, by być podziwianym. Zobacz mężczyznę ostrzącego igłę, zobacz człowieka, który kupuje i sprzedaje, Zobacz człowieka, który zakłada kajdany, na tych, którzy odważą się powiedzieć: Nie. Zobacz pijaka w tawernie szukającego złota, by zapłacić, Zobacz człowieka w czarnym płaszczu, skazanego, by żyć na ulicy.
Wyciąga ze swojej torby krzyż. Stojąc jak kapłan, krzyczy przez ocean do odległego brzegu. Tak długo, jak może.
|