POWRÓT

Santana Przebindowska

ANTYGONA A.D. 3055

Pewnego dnia w Tebach spadł śnieg. Nie zdziwiło to żadnego z mieszkańców, ponieważ już wcześniej przepowiedziano białe zjawisko. W ciągu kilku godzin całe miasto przykryło się śnieżną osłona. Wszystkie, niegdyś zatłoczone, ulice teraz świeciły pustką. Czasami tylko jakiś pies lub kot przebiegł przez drogę w ucieczce przed odśnieżaczem.

W jednym z mieszkań położonych wewnątrz wzgórza, na którym znajduje się teraz świetnie zakonserwowany, starożytny zamek, ktoś niecierpliwie dzwonił do drzwi.

- Panie Hicz! Szybko! Musimy się jak najprędzej dostać do laboratorium w zamku! – to mówiąc, do środka prawie wskoczył młody chłopak w zaśnieżonych butach.

- Spokojnie, Jonatanie. Tylko ustawię listę zadań dla Helgi – rzekł spokojnie starszy mężczyzna, podnosząc klapkę od pilota.

- Niech pan zostawi robota domowego i wylatuje, bo nie zdążymy na przebudzenie! – wykrzyczał chłopak.

- Trzeba było tak od razu, Jon! Szybko – bierz kluczyki, wyleć przed dom i czekaj na mnie, już idę! – to rzekłszy, pobiegł do pokoju po jakieś stare, białe szmaty, po czym udał się na miejsce spotkania. Dał hasło, a automatyczny system zabezpieczeń włączył alarm.

Wlecieli na szczyt góry w kilka sekund. Chwilę po zaparkowaniu dwaj panowie znaleźli się w ciemnej sieci korytarzy, którymi nikt od dawna nie chodził. Przynajmniej ktoś bardzo chciał, aby to tak wyglądało. Bez większych problemów znaleźli odpowiednie, niczym niewyróżniające się drzwi. Pan Hicz powoli, ale pewnie przekroczył próg pomieszczenia, Już wcześniej tu bywał. Kiedy zobaczył dalej zimną, zamkniętą w koldoratorze, nagą kobietę, ścisnął mocniej szmaty w ręku. Widział, iż na jej skostniałej twarzy maluje się rumieniec.

- To zaraz nastąpi... – nie chciał wtrącać się Jonatan.

- Tak, wiem... Tyle na to czekałem! Sam dałem się niegdyś zamrozić, by powrócić oraz przeprosić po tysiącach lat. Chciałem ją ponownie dotknąć, porozmawiać...

Nie zauważył pękania lodu. Wielka brył została natychmiast roztopiona, gdyż rozpadając się na kawałki, mogłaby uszkodzić ciało dziewczyny.

Cóż to była za radość, kiedy Romuald wziął ją w ramiona, a następnie delikatnie ułożył na specjalnym stole oddalonym o kilka kroków od koldoratora. W jednej dłoni nadal trzymał biały materiał. Sztab lekarzy i specjalistów podłączył dziewczynę do respiratora oraz innych maszyn pobudzających życie. Pierwsza próba przywrócenia do życia – bez reakcji. Drugie podejście – nic. Trzeci raz – to samo. Kolejne próby kończyły się podobnie. Lekarze oznajmili, że przywrócenie funkcji życiowych w jej przypadku może potrwać nawet kilka miesięcy. Ciało musi nabrać odpowiedniej temperatury, a wewnątrz organizmu obudzić się życie. Hicz podszedł do ciągle zimnej kobiety, położył koło niej białą szmatę, po czym wyszedł z sali, zerkając jeszcze w tył z nadzieją w sercu.

Po miesiącu starzec dalej nie stracił nadziei. Czekał wytrwale na wiadomość, jakikolwiek znak. Jego wiara się opłaciła, Pewnego dnia Jon zatelewizjerował do Romualda, który odebrał:

- Halo?

- ... – przełknął ślinę tak głośno, że w słuchawce po drugiej stronie można było w myślach śledzić jej wędrówkę gardle.

- Halo!? Kto tam?

- Ona... żyje! – powiedział chłopak, jakby to był cud. – Proszę pana...? Halo?

Lecz usłyszał tylko trzask, a zaraz potem pukanie do drzwi. Myślał, iż to w słuchawce, lecz kiedy zdyszany i cały spocony Hicz wpadł do pomieszczenia, Jon rozłączył telewizjer. Romuald spojrzał na stół, lecz nie ujrzał dziewczyny. Zaczął nerwowo wodzić wzrokiem po wszystkich. Na twarzy jednego z lekarzy zobaczył uśmiech. Właśnie ten lekarz kiwnął głową, a do środka wprowadzono drobniutką osóbkę z cudowną, alabastrową cerą oraz blond włosami. Na sobie miała suknię, którą Hicz miesiąc temu położył koło niej.

- Antygona! Boże... – ze łzami w oczach wyszeptał zszokowany mężczyzna.

- Kreon? Gdzie ja jestem? Co się stało?

Lecz on nie odpowiedział nic, tylko uklęknął przed dziewczyną:

- Przepraszam cię, Antygono... Zrozumiałem, że zrobiłem źle, więc postanowiłem przeprosić. Tyrezjasz przepowiedział nastanie czasów, kiedy przebudzisz się z lodowego obicia. Zamroziłem ciebie, potem siebie. I oto teraz klęczę przed tobą, by przeprosić.

- Ale co to za świat?

- To przyszłość, o jakiej nigdy nie śniliśmy. Teraz to będzie nasz dom. Mam pytanie: przebaczysz mi? – zapytał Kreon Romuald Hicz.

- Oczywiście, królu...

Od tego pamiętnego dnia roku 3055 Antygona Malina Halcz oraz Kreon Romuald Hicz zamieszkali wspólnie w górze, na której wznosił się ich dawny dom.

 

 

 

"Burkina Fasol"

ANTYGONA A.D. 3055

Od V wieku p.n.e. na potomkach Edypa ciążyła okrutna klątwa. Cała reszta ziemiańskiej ludności śmiała się z przeklętej rodziny. Odkąd jednak naukowcy z Burkina Fasol wynaleźli wehikuł czasu, nikt już nie wierzył w fatum. Zawsze bowiem istniała możliwość „wrócenia się” i zmienienia czegoś. Niemniej od ok. 3555 lat ten sam mit powtarza się bezustannie. Tak było i tym razem…

Rozpoczęto wojnę między wschodnią a zachodnią stroną świata. Właściwie żaden zwykły śmiertelnik nie wiedział, z jakiego powodu (prawdopodobnie miało to coś wspólnego z bronią masowego rażenia ukrywaną przez Zachód). Większość mężczyzn zaciągnęła się do armii. Wśród walczących znaleźli się również Eteokl i Polinik. Jednak nie wiedząc czemu, drugi z braci przeszedł na stronę wroga. Wściekły Eteokles polecił swoim sługom wysadzić w powietrze dom zdrajcy. Niestety, ów zdrajca wpadł na dokładnie ten sam pomysł. Obaj zginęli. Kreon, dowódca sił zbrojnych Wschodu, pochował z honorami wiernego wojownika. Pogrzeb odbył się na Księżycu. Był tam cmentarz, na którym znajdowały się mogiły zasłużonych żołnierzy. Ciało Polinika natomiast kazano wywieźć na Marsa. Miejsce to pełniło rolę więzienia lub masowego grobu. Ci, którzy zostali tam zesłani na dożywotnią „odsiadkę”, popełniali samobójstwo, gdyż nie mogli znieść okrutnych tortur i katuszy. Na Czerwoną Planetę przywożono zdrajców i niebezpiecznych przestępców. Nie było litości.

Gdy Antygona, siostra poległych, usłyszała o śmierci braci i rozkazach Kreona, natychmiast udała się do dowódcy.

- Błagam… Zmień swoją decyzję! – prosiła.

- Nie mam powodów do zmiany decyzji. Polinik okazał się zdrajcą. Nie zasługuje na pogrzeb z honorami jak dzielny Eteokl – argumentował Kreon.

- Każdy, nawet najgorszy, bandyta ma prawo być pochowanym wg tradycji, zgodnie z wyznawaną religią. Czy nie widzisz, że znowu powtarza się ta sama historia? Nie pozwól, byśmy skończyli jak nasi przodkowie!

- Antygono… Dobrze wiesz, że wszystko jest w rękach przeznaczenia. Nikt oprócz nas nie wierzy już w fatum, lecz na pewno zdajesz sobie sprawę, że naszej sytuacji nie zmieni nawet wehikuł czasu. Jeżeli los będzie chciał, to wszystko się ułoży. Ja rozkaz już wydałem. Nie mam zamiaru niczego odwoływać.

Wysłuchawszy tych słów, dziewczyna odeszła zrozpaczona. Następnego dnia udała się do swej siostry. Ismena od samego początku utrzymywała, że „tak musi być”. Antygona zwierzyła jej się, iż chce złamać zakaz i zakraść się do ciała brata. Kobiety stanowiły swoje dokładne przeciwieństwa, więc nic dziwnego, że każda inaczej patrzyła na sprawę. Doszło do kłótni. Antygonę zdenerwowała wypowiedź siostry, która powtarzała, iż nie wolno przeciwstawiać się woli Kreona. Postanowiła, że nie będzie wciągać Ismeny w łamanie prawa. Teraz czekała ją niebezpieczna podróż na Marsa.

         Dwie godziny później dziewczyna była gotowa do drogi. Wsiadła w pierwszą lepszą rakietę lecącą na Czerwoną Planetę. Wiedziała, że nie ma ani chwili do stracenia… Tylko uprawnieni obywatele mieli wstęp na teren więzienia. Antygona musiała więc „prześlizgnąć się” obok strażników. Bardzo ryzykowała. Nie miała pojęcia o zabezpieczeniach, monitoringu, i całej zgrai ochroniarzy z dwiema parami oczu. Oni tylko czekali na odpowiedni moment, by zaaresztować niczego nieświadomą dziewczynę… Serce bohaterki biło jak szalone. Jak na tak ogromnej planecie znaleźć ciało jednego człowieka? Wystarczyłoby kilka chwil, by dokonać wszystkich religijnych obrzędów. Dla tych kilku chwil młoda kobieta narażała swoje życie. Bardzo krótkie życie, co okazało się chwilę później.

         Antygona długi czas wędrowała samotnie po rozżarzonych skałach. Straciła wszelką nadzieję i wiarę w osiągnięcie swego celu. „Jeśli wcześniej śmierć przyjdzie, za zysk to poczytam. Bo komu przyszło żyć wśród nieszczęść tylu, jakżeby w śmierci zysku nie dopatrzył?” – myślała sobie. Nagle przed oczyma dziewczyny pojawił się dość spory budynek z żelaznymi ścianami. Z opowiadań znajomego strażnika wiedziała, iż tam właśnie może znajdować się ciało Polinika. Z ust kobiety wyrwało się ciche: „Nareszcie”. Ocierając pot z czoła, ruszyła przed siebie.

         Ciche „nareszcie” było ostatnim słowem, które wyrwało się z ust Antygony. Mit ponownie powtórzył się. Musiał się powtórzyć. Ludzie popełnili te same błędy, co ich przodkowie przed laty. Koło znów się zamknęło. Jak tu nie wierzyć w fatum?

 

 

Karol Kubica
 

IKAR A.D. 2555

Historia ta rozpoczyna się na odległej, zacofanej planecie zwanej przez jej mieszkańców Ziemią. Mieszkał tam pewien wysoki człowiek o długich włosach imieniem Andrzej. Sprawiał wrażenie, że nie bardzo lubi się z mydłem. Żył w małej i niespecjalnie znanej miejscowości Wyrszawie. Nie był on tam uznawany za człowieka w pełni zdrowego umysłowo. Pociągały go motorynki, co w dobie komercyjnych podróży kosmicznych i zwierzątek domowych modyfikowanych genetycznie uznawano za lekko... nazwijmy to, odchodzące od ogólnie przyjętych norm.

         Pewnego dnia Andrzej, oglądając niebo nad Wyrszawą, zaczął się zastanawiać nad przeróbką jednej ze swoich maszyn na pojazd latający. Kiedy patrzył na frunącego, magnetycznego Poldeksa, wpadł mu do głowy genialny pomysł. Następnego dnia odpalił swoją ulubioną Veszpę i udał się na miejscowe złomowisko. Spędził tam pół dnia, a jego przyczepka ledwo dała sobie radę z ciężarem najróżniejszych części. Znalazł mnóstwo rzeczy, począwszy od choinki odświeżającej o zapachu kwitnącego kwiatu kapuchy marsjańskiej, po mechanizm wznosząco-deportujący ze starego milicyjnego Tyrpana. Długo kreślił szkice i sporządzał schematy, by w końcu zabrać się do budowy. Rozłożył swoje zapiski w przydomowej szopie, gdy za oknem zobaczył wścibską sąsiadkę. Pani Goździkowa, widząc jego wzrok, zdążyła jedynie krzyknąć: „Podam cię na milicję, ty pomyleńcu!”, po czym spadła ze stołka za płotem. Nie tylko ona była tak nastawiona do pomysłów Andrzeja. Już prawie całe miasteczko dowiedziało się o jego kolejnej konstrukcji.

         Po niespełna dwóch miesiącach dzieło domorosłego mechanika było na ukończeniu. W całej Wyrszawie rozwieszono plakaty, które oznajmiały mieszkańcom wiadomość o prezentacji nowego „Brzeszczo-lota”, bo tak ów pojazd został nazwany. Andrzej spodziewał się licznej publiczności, która ze względu na brak prawdziwego cyrku w mieście zapowiedziała swoją obecność. Z każdym dniem był coraz bardziej zdenerwowany, lecz po głowie chodziła mu tylko jedna myśl, a mianowicie: „Udowodnić wszystkim niedowiarkom, że jak mityczny Ikar, on, Andrzej Powsinoga, wzniesie się w powietrze na swojej wymarzonej maszynie”.

         W końcu nadszedł dzień pokazu. Od rana przygotowywano polanę przed fabryką azbestu. W końcu, o wyznaczonej godzinie, zebrała się większość mieszkańców i Andrzej mógł zasiąść na swoim pojeździe. W wielkim kasku i goglach, na motorowerze z mechanizmami antygrawitacyjnymi zamiast kół, wyglądał dość zabawnie. Dopiero za trzecim kopniakiem odpalił maszynę, co publiczność skwitował głośnym śmiechem, lecz teraz puścił to mimo uszu (był bardzo skoncentrowany). Zaczekał, aż wszystkie kontrolki zaświecą się i lekko odbił się od ziemi. Wykonywał coraz dłuższe skoki, by w końcu wznieść się w powietrze. Ustały gwizdy i ironiczne komentarze, gdy „Ikar z Wyrszawy” krążył nad głowami tłumu.

         Od tej pory zaczęto go traktować w zupełnie inny sposób. Dzieci ustawiały się przed jego szopą w kolejce do przejażdżki. Od burmistrza otrzymał symboliczną kartę chipową do bram miasta, a p. Goździkowa zaczęła doradzać mu, by zażywał Etypirynę.

 

 

 

Karolina Kowalska

IKAR A.D. 2555

W małym, ale bardzo nowoczesnym miasteczku Proton mieszkał, wraz ze swoim ojcem Dedalem, „chłopiec” o imieniu Ikar. („Chłopiec” – tak mówił na niego ojciec, a tak naprawdę miał 19 lat). Dedal zajmował się majsterkowaniem. Za osiągnięcia w tej dziedzinie zawsze był ceniony. Natomiast jego syn był osobą postrzeloną, która pomimo swojego wieku zawsze sprawiała kłopoty (ze względu na charakter).

                Pewnego dnia ojciec Ikara majsterkował w swoim warsztacie. Ikar był bardzo ciekawski, więc wpadł do warsztatu i spytał:

- Cóż to takiego?

- Może najpierw dzień dobry? – rzekł oburzony ojciec.

- Dzień dobry! No więc, co porabiasz? – spytał ponownie.

- Pracuję nad najnowszym modelem rakiety – odpowiedział z dumą w głosie Dedal.

- Naprawdę!? – krzyknął Ikar – To wspaniale! Kiedy będziemy ją mogli wypróbować?

- Na to musisz jeszcze trochę poczekać.

- To znaczy ile?

- No nie wiem, może tydzień, dwa, może jutro… – odpowiedział ojciec, ale w tym samym momencie Ikar wybiegł z warsztatu do swojego pokoju. „To fantastycznie, że tata robi najnowocześniejszą rakietę! Wszyscy nam będą zazdrościć!” Przez całą noc nie mógł spać. Myślał tylko, kiedy będzie mógł wypróbować nowy pojazd.

              Następnego dnia, przy śniadaniu, ojciec Ikara oznajmił:

- Mam dla ciebie fantastyczną wiadomość! Ukończyłem najnowszy model rakiety!

- Naprawdę? Ale mówiłeś, że skończysz ją za tydzień, dwa.

- Tak, ale umieściłem w niej element, który przejął wiele funkcji innych. To taki mały kwadracik. Dzięki energii słonecznej to cacko może latać! – wytłumaczył niezbyt dokładnie ojciec. Po chwili dodał:

- Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której nie powiedziałem.

- Jaka?

- Jeśli zbliżysz się, mój drogi chłopczyku, zbyt bardzo do słońca, właśnie ten mały kwadracik może się przeładować i wybuchnąć. Spowoduje to, iż rakieta rozpadnie się – powiedział surowym głosem Dedal, po czym wyszedł do warsztatu, by sprawdzić bardzo dokładnie stan techniczny rakiety. W tym samym czasie Ikar poszukiwał jakiegoś oszałamiającego ubrania. Chciał zawsze wyglądać świetnie: „Gdzie są te fantastyczne spodnie w kolorze czerwieni? Tylko one będą pasowały do rakiety!”

              Tydzień później Ikar zwrócił się do ojca:

- Tato! Obiecałeś mi w tamtym tygodniu, że wypróbujemy nową rakietę!

- Tak, wiem, ale… – nie dokończył, bo Ikar mu przerwał.

- Ale co?

- Nie mogę prowadzić rakiety, gdyż moje palce u rąk są kompletnie zniszczone przez środki toksyczne! Nie utrzymam nawet filiżanki w ręku! – mówił zawiedziony Dedal.

- Oj tato, tato! A od czego masz mnie? Mam prawo latania. Zdałem je 2 miesiące temu!

- No dobrze – powiedział niepewnie ojciec. – Ale musisz bardzo uważać! Nie możesz zanadto zbliżać się do słońca, bo wiesz, co się stanie z rakietą! – pouczał syna.

- Wiem , wiem! Przecież mówiłeś! – krzyczał uradowany Ikar.

              Jeszcze tego samego dnia chcieli wypróbować nową rakietę. Była ona koloru czerwonego, z czarnymi paskami na skrzydłach i platynową ramą w drzwiach. Na dodatek świeciła się w świetle słońca. Po chwili ojciec rzekł:

- Synu, to wielka chwila. Pamiętaj, co mówiłem o przybliżaniu się do słońca!        

              Ale Ikar już był dawno w rakiecie i nie słuchał ojca. Wtedy rakieta oderwała się od powierzchni Ziemi. Krążyła nad miasteczkiem, a wszyscy zachwycali się jej barwami. Tylko ojciec Ikara był zdenerwowany. Martwił się, by potomek nie zbliżał się do słońca. Aż tu nagle kurtka Dedala zrobiła się czerwona! Okazało się, iż Ikar podleciał zbyt bardzo do płonącej gwiazdy i cały lakier zszedł. Nadaremnie Dedal krzyczał do syna. Ten nie zauważył, że znalazł się tak blisko, a kiedy się zorientował, było już za późno.

              Mieszkańcy Protonu usłyszeli potężny huk, a zaraz potem ujrzeli latające części rakiety. Dedal nie dowierzał w to, co się stało. Jego ukochany syn zginął przez własną głupotę. Konstruktor wrócił do domu, rozpłakał się. Nie mógł sobie wybaczyć, że pozwolił Ikarowi prowadzić rakietę.

 
 

 

Magdalena Godyń

 

IKAR A.D. 2555

Kiedyś kolega mój życzliwy opowiadał, że stał raz na przystanku i nagle, nie wiadomo skąd, przemknęła cywilizacja. I dopiero teraz, w roku 2555, podzielam jego wnioski – z otaczającego mnie życia niewiele pojmuję, a pęd jego złowrogi i przerażający wydaje się być. W świecie, w którym trwamy, życzliwych kolegów już nie ma – zrobili się cyniczni do granic możliwości. Od stuleci wszyscy próbowali go zmechanizować, a tymczasem zdaje się, że życie kręci się wokół beczki.

Cynix to system, w którym naprawdę istniejemy. Na początku XXVI wieku, gdy technologia osiągnęła wyżyny formy, gdy roboty przejmowały kontrolę nad zmechanizowanym do szpiku kości światem – my mieliśmy alternatywę. Cynix jest prawdą, do której dobrowolnie wstępujemy, wyrzekając się dotychczasowego, „normalnego” istnienia. Od pewnego czasu stało się to koniecznością, aby uwolnić się od latających talerzy, gadających lodówek, elektronicznych zwierząt i sztucznej inteligencji, która zdominowała i wyparła gatunek ludzki. Nasz system, zwany także Systemem Beczkowym, jest prosty w obsłudze użytkowaniu – siedzisz w beczce, śpisz w beczce, żyjesz w beczce. Chroni cię ona przed ludźmi, maszynami, skutkami dalszego rozwoju cywilizacji. Proste uczucia, jak przyjaźń czy miłość, stały się ich chemicznymi substytutami, do kupienia w aerozolu. Mimo wszystko w systemie Cyniku można kochać. Jednak musisz wtedy zaryzykować niczym mityczny Ikar – wypaść ze swojej beczki lub spróbować utrzymać się na krawędzi. W przeciwnym razie miłość cię zaślepi, a fala ciepłego romantyzmu roztopi wosk u twoich skrzydeł i wpadniesz wprost do morza nowatorskich kłamstw XXVI wieku.

- Nie ryzykuj – poradziła mi raz Wyrocznia. – Nie daj się ponieść emocjom, wracaj do swojej beczki. I podążaj za białym królikiem, a łyżeczka wcale nie istnieje – dodała szybko, chcąc sparodiować „Matrixa”, bo była to Wyrocznia z wyszukanym poczuciem humoru  

W rezultacie jednak do beczki swojej nie trafiłam. W Cynixie kreujesz się właśnie w jej wnętrzu. Nie daj Boże, byś trafił do beczki przeznaczonej do prania mózgu. Tam powinno się prać w optymalnych warunkach. Usunięcie wypaczonych, błędnych stereotypów staje się niemożliwe, gdy atmosfera robi się zbyt gorąca lub gdy kłamstwa mechanicznego świata są słabe jakościowo. Jeśli pranie się nie powiedzie – cóż, mózg należy odesłać wraz z właścicielem do chemicznego życia, gdyż już żadna beczka nie otworzy go na prawdę.

Bałam się tego zderzenia z mechaniczną rzeczywistością. Cynicznie (jak to w Cynixie przystoi) zaryzykowałam. Kiepsko wypracowany kunszt poetycki, gdzie podmiotem lirycznym byłam ja, tematem utworu – próba udowodnienia, że w Cynixie można kochać niechemicznie, bez substytutów, a odbiorcą... wszechświat A.D. 2555. Serce jego bić z wrażenia przestało, gdy balansowałam na krawędzi systemu. I cóż za ironia gorzka, szczęście ryzykantki, paradoks i mityczne fiasko – system przyjął moją tezę, a stara niczym Ikar poszła na dno.

- Człowiek uczy się na błędach – powiedziała raz drugi Wyrocznia. Prawdopodobnie nie miała na myśli uczenia się na błędach innych.

         Pewnie trzeba popełniać całkiem nowe, gdyż odpowiedzialności nawet w Cynixie nie unikniesz, a przyszłość może się czegoś nauczy. Choć ryzykant Ikar niespecjalnie sprawdził się w roli nauczyciela.

 

 

Anna Gaidzik 

ANTYGONA A.D. 3055

Jest rok 3055. Ludzkość już dawno pokonała siłę grawitacji i założyła osiedla na innych gwiazdach i planetach. Jedną z takich planet był Thebos, zwany przez innych również Utopią. Panował na niej Kreon – najsilniejszy spośród wszystkich władców. Był surowy i stanowczy, co sprawiało, że panowie innych planet bali się go i nie wszczynali wojen. Wiedzieli, że wtedy ich los będzie przesądzony.

Ostatnio jednak wybuchła wojna międzyplanetarna i uczestniczyła w niej planeta Thebos. Jak się można było spodziewać – wygrała. Zginął w niej tylko jeden dowódca, Eteokles. Wraz ze swoim bratem, Polinikiem, zabili się jednocześnie. Obydwaj mężczyźni posiadali dwie siostry: Antygonę i Ismenę. Ta pierwsza była piękną kobietą, z włosami niczym heban, z cerą bladą jak śnieg. Ubierała się zwykle w połyskujące i krzykliwe stroje – była zupełnym przeciwieństwem swojej siostry. Tamta była spokojną i nieśmiałą blondynką, trzymającą się raczej z boku.

Pewnego dnia obydwie siostry spotkały się przypadkiem na dziedzińcu przed pałacem królewskim planety Thebos, obok pięknej, oszklonej fontanny.

- Słyszałaś, co Kreon zarządził w sprawie naszych braci? – spytała Antygona, opierając się o swój wypolerowany, czarny motocykl. Ismena podeszła do niej i odpowiedziała:

- Niestety, słyszałam. I według mnie, to jest bardzo niesprawiedliwe wobec nich! – usiadła na ławce.

- Tak, powiedz to Kreonowi – czarnowłosa skierowała swój wzrok na pokryty pięknymi zdobieniami pałac królewski, w którym mieszkał król Thebos ze swoją rodziną.

Obok dziewczyn przeleciał poduszkowiec, sprawiając, że fryzura Antygony nieco się „rozmierzwiła”.

- Patrz jak jeździsz! – wykrzyknęła, po czym zrobiła sobie kucyk i założyła okulary przeciwsłoneczne.

- Uważaj na słowa, bardzo cię proszę...

- Polinik również zostanie godnie pochowany – zmieniła temat Antygona.

- Błagam, nie zrób żadnego głupstwa...

- Nie idziesz ze mną? – zdziwiła się dziewczyna. Ismena pokręciła przecząco głową i spuściła ją. Jej siostra zacisnęła mocno usta, wsiadła bez słowa na swój motor i odleciała wprost na autostradę, zostawiając blondynkę sam na sam ze swoimi myślami.

         Następnego dnia, około południa, Kreon ogłosił publicznie swoją decyzję. Chwilę potem do sali wpadł zdyszany strażnik, który był cyborgiem.

- Panie! Gdy miałem wartę, spostrzegłem, że ktoś pochował ciało Polinika! – powiedział.

- Natychmiast schwytać sprawcę! – rozkazał król.

         Parę godzin po tym zdarzeniu, gdy Kreon odbywał swoją poobiednią drzemkę, do sypialni wszedł strażnik z Antygoną. Dziewczyna wyrywała się i głośno krzyczała, robiła wszystko, aby uciec. Król stanął na nogi i spojrzał na nią z góry.

- Dlaczego to zrobiłaś? – spytał.

Antygona podniosła głowę i wyszeptała:

- Ponieważ uważam, że nikomu nie wolno łamać praw boskich. Dla mnie są to najwyższe zasady, których nikt, nawet król, nie może złamać.

Kreon zwrócił swój wzrok ku zachodzącym słońcom. Były krwistoczerwone, a w połączeniu z niezwykłymi chmurami i smugą po jakimś odrzutowcu dawały jeszcze lepszy efekt. Wszystkie oszklone wieżowce odbijały światło tych słońc, całe miasto wyglądało, jakby ktoś je skąpał we krwi. Najpiękniej wyglądał rynek – gdzie ludzie wyglądali jak malutkie punkciki, nad i pod nimi powietrzne autostrady. Dlatego właśnie król Kreon zdecydował, by pałac stanął właśnie w tym miejscu.

         Antygona stała cały czas ze spuszczoną głową. Odchrząknęła, a mężczyzna popatrzył w jej stronę.

- Co ze mną zrobisz? – zapytała, podnosząc wzrok.

- Ukarzę i ciebie, i twoją siostrę. Wprowadzić – powiedział do strażników stojących przy drzwiach. Do sali weszła blondynka, cała zalana łzami. Antygona spojrzała na nią z pogardą.

- To wszystko moja wina... – zaczęła Ismena, ale siostra jej przeszkodziła.

- Nieprawda! To była moja sprawka! Poza tym nie chcę, aby mi pomagała.

Nagle do sali wpadł Hajmon, syn Kreona.

- Ojcze, co tu się dzieje? – spytał, patrząc to na Antygonę, to na swojego ojca. Ismena przygryzła dolną wargę i spuściła głowę. Zacisnęła pięści, a po plecach przeszedł jej dreszcz. Król opowiedział całą historię Hajmonowi, na co tamten zmarszczył brwi.

- Jak możesz być tak bez serca, ojcze? Przecież ta dziewczyna zrobiła tylko to, co słuszne! Cały lud jest po jej stronie! Nie masz racji, skazując ją na śmierć! Błagam, przejrzyj na oczy!

- Na miłość boską, przestań!

Syn Kreona stanął przy Antygonie i wziął ją za rękę.

- Chyba nie chcesz pozbawić miłości swojego jedynego syna? – spytał.

Król spojrzał na niego wściekłym wzrokiem i nakazał mu wyjść.

- Za te słowa ty, Antygono, zostałaś właśnie skazana na śmierć. – powiedział, po czym wyszedł z pokoju szybkim krokiem.

         Następnego dnia, późnym południem, strażnicy zaprowadzili Antygonę do grobowca, do którego ma być wsadzona. Dziewczyna spojrzała po raz ostatni na drzewa, kwiat, na cały świat. Cyborg wepchnął ją, zakutą w wielkie, żelazne kajdany, do krypty i zamknął za nią kraty. Do czarnowłosej podszedł Hajmon i chwycił ją mocno za rękę. Ismena zrobiła to samo. Później, bez słowa, odeszli w stronę pałacu, zostawiając Antygonę.

         Parę minut później do pałacu wbiegł ślepy wróżbita-android (któremu nigdy nikt nie wierzył), Tyrezjasz. Starzec zwykle chodził ze swoim laptopem w plecaku, gdzie wyszukiwał trudne wyrazy i zwroty.

- Panie, źle zrobiłeś. Bogowie się gniewają.

- Odejdź, starcze. – oznajmił Kreon – Nikt nie wierzy w twoje kłamstwa.

- Hajmon umrze.

Nastąpiła bardzo niezręczna cisza. Słowa wróżbity bardzo wstrząsnęły królem, więc postanowił uwolnić Antygonę i pochować Polinika. Kreon nakazał otworzyć grobowiec dziewczyny, a tam zastał wiszącą na sznurze Antygonę, a do niej przytulonego i płaczącego Hajmona. Mężczyzna na widok ojca zerwał się na niego z mieczem, niestety, nie trafił go. Pełen wściekłości i odrazy dla ojca, pchnął się mieczem prosto w serce. Kreonowi na moment serce stanęło. Uklęknął przed grobowcem i schował twarz w dłoniach. Zapłakał.

- Bogowie... Dlaczego...? – wyszeptał, ale było za późno.

         A słońca zachodziły znów krwistą czerwienią tak jak wtedy, gdy król Kreon skazał Antygonę na śmierć. I tak jak wtedy, w całym mieście, odbijał się ten piękny blask.