POWRÓT

 


Relacje z wycieczki do Chorwacji
 

 
  Magdalena Orłowska

            Chorwacja to przepiękny kraj leżący na południu Europy. To właśnie on był celem naszej wycieczki szkolnej. Przed nami była jednak długa droga. Podróż upłynęła dość przyjemnie. Pani Jelonek oczekiwała od nas wesołych śpiewów, ale my już jesteśmy innym pokoleniem, nikt nie miał ochoty na takie zabawy, choć w pewnym momencie środek autobusu dostał „głupawki”, jak by to sam nazwał, i zaczęli śpiewać wszystko, co tylko znali. Całej wycieczce od początku do końca towarzyszyła wspaniała pani przewodnik. Pięknie opowiadała o miejscach, które mijaliśmy.

W końcu, z radosnym nastawieniem, choć lekko zmęczeni, dotarliśmy do miejsca pierwszego noclegu, czyli na Węgry. Ośrodek, bo chyba tak trzeba to nazwać, pozostawiał wiele do życzenia. Pokoje ogólnie nie były takie złe, choć trzeba było się liczyć z nieproszonymi lokatorami. Co do wyżywienia, to zaserwowano nam węgierską potrawę. Warunki może nie były pierwszorzędne, ale za to ludzie podchodzili do nas życzliwie.

Następnego dnia wyruszyliśmy i dojechaliśmy już do samej Chorwacji. Pierwszym miejscem, jakie zwiedziliśmy były Jeziora Plitwickie. Pani przewodnik wytłumaczyła nam, że to park narodowy, który jest zaliczany do światowego dziedzictwa naturalnego UNESCO. Po parku spacerowało się specjalnie wyznaczonymi szlakami, które prowadziły przez niezwykłe jeziora, przy wodospadach, poprzez zielone pagórki. Widoki były nie do opisania. Lazurowy kolor wody, szum ogromnych wodospadów, przepiękna fauna i flora.

Po zwiedzaniu wsiedliśmy w autokar i ruszyliśmy do Medjugorie. Podróż trwała dość długo, przekroczyliśmy kolejną granicę i znaleźliśmy się w Bośni i Hercegowinie. Podróż umilały nam śmieszne docinki kierowców oraz filmy, które mogliśmy oglądać podczas drogi. Do miejsca noclegu dojechaliśmy około godziny dwunastej w nocy, a może było jeszcze później. Dowiedzieliśmy się, że będziemy podzieleni na trzy grupy. Mieszkaliśmy w domach prywatnych. Tutaj warunki były o niebo lepsze niż poprzednio. Część pokoi była z łazienką, a część miała ją na korytarzu. Wyżywienie też było wspaniałe. Mieliśmy okazję zjeść świeże warzywa. Rosły one bowiem w ogródku gospodarzy. Właściciele owych domów byli dla nas równie serdeczni i mili. Mówili nawet trochę w naszym języku. Pani przewodnik opowiadała, że tutaj ludzie są bardzo gościnni.

Następnego dnia wybraliśmy się do sanktuarium i na miejsce objawień. Mieliśmy szczęście i widzieliśmy Vickę- jedną z sześciu dzieci, którym ukazuje się Matka Boża. Vicce Maryja objawia się codziennie. Później spacerowaliśmy po górze, na której dzieci pierwszy raz doznały objawień. Droga była kamienista, ale jej trudy wynagradzała nam piękna panorama Medjugorie. Gdy już zeszliśmy z góry podążyliśmy w kierunku Oazy Spokoju. Niestety nie cała grupa poszła zwiedzać to cudowne miejsce. Część uważała, że jest zmęczona i wraz z panią Jelonek wrócili do autokaru. Tego dnia mieliśmy również uczestniczyć we mszy świętej prowadzonej w naszym języku, jednak nie odbyła się, ponieważ nie było polskiego księdza.

Wieczorem wróciliśmy do Chorwacji i przybyliśmy nad morze adriatyckie, gdzie miał być nasz kolejny nocleg. Tym razem zostaliśmy podzieleni na dwie grupy. Jedna spała w hotelu, druga w domkach. Wśród zabudowań rosły przepiękne oliwki. W drodze pani przewodnik też pokazywała nam makię. Po kolacji poszliśmy na plażę. Niestety większość plaż Chorwacji jest albo żwirkowa, albo kamienista, a jeżeli już piaskowa, to sztuczna. Nasza była żwirkowa. Nie pozwolono nam się kąpać w morzu, ponieważ nie mieliśmy ze sobą ratownika, jednak i tak kilka osób złamało zakazy naszych opiekunek i harcowało wśród lazurowych fal. Atrakcją dla nas była też meduza, którą zabiła najpierw jedna grupa, a później zmasakrowała zwłoki druga. Na plaży rosły również palmy. Przepiękne i wielkie rozpościerały liście nad pobliskimi budynkami. Nasz ośrodek był malowniczo położony, ponieważ część wybrzeża, na której się znajdował, była otoczona z trzech stron górami.

Następnego dnia wyjechaliśmy do Dubrownika. To przepiękne stare miasto zachwyca swą niepowtarzalną architekturą. Po starówce oprowadzała nas pani przewodnik, która mieszka w Chorwacji, ale mówi po polsku. Opowiadała o historii tego miasta. Mówiła, że jego patronem jest święty Błażej, którego wizerunki są rozsiane po całej starówce. Oprócz tego wspominała również o wojnie, która niedawno się skończyła. W bardzo krótkim czasie miasto, które zostało prawie doszczętnie zniszczone, zdołano odbudować. Gdy pani przewodnik nas opuściła, weszliśmy na mury otaczające miasto. Tutaj mogliśmy podziwiać białe budynki z czerwonymi dachami z góry. Gdzie niegdzie tylko wystawała jakaś palma, a na horyzoncie majaczył turkus morza oraz „przeklęta wyspa”. Z ową wyspą jest związana pewna legenda. Kiedyś był na niej zakon. W końcu ktoś, kto zakupił wyspę kazał się zakonnikom z niej wynieść. Mieli oni na to trzy dni i trzy noce. Duchowni całe te trzy dni i trzy noce chodzili wokół wyspy ze świecami modląc się, a trzeciej nocy opuścili ją. Później każdy, kto wszedł w posiadanie owej wyspy ginął.

Gdy wróciliśmy do ośrodka, znów poszliśmy na plażę, a po kolacji na spacer.

Następnego dnia wyjechaliśmy do Splitu. Jechaliśmy drogą nadmorską. Po jednej stronie rozciągało się morze, a po drugiej strome góry. W końcu dojechaliśmy. Po Splicie oprowadzał nas pan przewodnik. Większość dziewczyn, tych młodszych, jak również tych starszych, uważała, że jest bardzo przystojny. Zwiedzaliśmy tutaj piękny pałac. Po zwiedzaniu dostaliśmy czas wolny. Później pojechaliśmy do kolejnego zabytkowego miasta- Trogiru. Tutaj już oprowadzała nas pani przewodnik. Opowiadała o architekturze kościołów, trochę o tutejszej ludności i oczywiście trochę o historii.

Następnego dnia udaliśmy się do Sibeniku. Część naszej wycieczki nie była zadowolona z kolejnego zwiedzania. Zapewne woleliby cały czas mieć „czas wolny”. Tutaj spacerowaliśmy po pięknej starówce. Widzieliśmy piękne budynki, przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami. Zwiedzaliśmy również ogromną katedrę, która zachwycała swym pięknem. Po obejściu starówki miasta udaliśmy się na obiad. Następnie ruszyliśmy w drogę do kolejnego Parku Narodowego- Krka. Tutaj również mogliśmy podziwiać przepiękne wodospady i kaskady, które utworzyła rzeka Krka. Po obejściu części parku dotarliśmy do mini- skansenu. Widzieliśmy jak kiedyś wykorzystywano mniejsze wodospady i tworzono na nich różne maszyny. Dla części grupy i tak największą atrakcją był osiołek.

Wieczorem ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Mieliśmy jechać całą noc, co było okropną mordęgą. Autokar może i był wygodny, ale na pewno nie przystosowany do spania. Nad ranem na szczęście byliśmy już w Polsce. Zatrzymaliśmy się przy granicy. Część z nas była na pewno zmęczona wycieczką, ale większość i tak nie chciała wracać do domu, a raczej nie chciała wracać do szkoły. W Trzebini byliśmy o około dziesięć godzin wcześniej, niż było przewidywane.

Wycieczka była bardzo kształcąca, poza tym oprócz przepięknych miejsc poznaliśmy lepiej siebie nawzajem. Na pewno część osób przywiozła do Trzebini nie tylko pamiątki z podróży, ale również nowych przyjaciół. Zapewne były też jakieś małe kłótnie, szczególnie pod koniec wycieczki, ale wszyscy byli już zmęczeni i rozdrażnieni. To zapewne było przyczyną niewielkich sporów. Cieszę się, że takie wycieczki są organizowane w szkole co roku, ale chyba nie zdecydowałabym się tego powtórzyć.
 

 
 
 
  Sonia Ubik

Wycieczka do Chorwacji rozpoczęła się 14 maja i trwała siedem dni.

Była stanowczo za krótka, ale wiadomo, wszystko co dobre, szybko się kończy.

Pierwszy dzień ,przeznaczony na dojazd, praktycznie spędziliśmy w autokarze. Przy granicy węgiersko-chorwackiej był pierwszy nocleg.

Rano zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się w kilkugodzinną trasę do Plitwickiego Parku Narodowego zaliczanego do światowego dziedzictwa naturalnego UNESCO. Widoki jakie tam zobaczyliśmy, zaparły nam dech w piersiach. Bujna roślinność otaczająca tarasowo ukształtowane jeziora, ich turkusowy kolor wody, kaskady i ławice ryb tuż pod nogami, zrobiły na wszystkich wrażenie. Okrzyki :”Ale wypas!” mówiły same za siebie.

Następnego dnia zwiedzaliśmy Medjugorie, miejsca objawień oraz sanktuarium. Mieliśmy okazję zobaczyć Wickę, kobietę , która od dzieciństwa ma widzenia Matki Bożej i przekazuje wiernym przesłanie . Pokonaliśmy także kamienistą górę, gdzie dzieci miały pierwszy raz objawienie.

 Dalej trasa  odkrywała przed nami piękno krajobrazu wybrzeża adriatyckiego. Domy i ich usytuowanie robią wrażenie jakby zstępowały z gór do morza. Tworzy to niesamowity klimat.

Ważnym punktem wycieczki był Dubrownik. Miasto i port na południu Chorwacji, nad Morzem Adriatyckim. Nosi miano perły Adriatyku. Jest głównym ośrodkiem turystycznym Dalmacji. W mieście znajduje się ważny port handlowy i pasażerski (np. połączenie promowe z Bari we Włoszech). W pobliżu Dubrownika znajduje się międzynarodowy port lotniczy. Na pobliskiej rzece zbudowano elektrownię wodną. W tym zabytkowym miejscu spędziliśmy prawie cały dzień. Spacer po murach obronnych i niesamowite z nich widoki były kolejną ucztą dla oczu. Zdjęciom nie było końca.

W godzinach wieczornych dotarliśmy do hotelu w Kleku. Mogliśmy wreszcie poczuć kłujące kamienie na  plaży oraz zachwycić się kolorem i przezroczystością wody Adriatyku. Znalazł się również czas na zabawy integracyjne. Największym powodzeniem cieszyła się gra w rozkazy. Wszyscy świetnie się bawili.

Kolejnymi punktami zwiedzania były miasta Split, Trogiru i Sibenik. Split to duży port, znajduje się  na niewielkim półwyspie. Jest głównym miastem okręgu splitsko – dalmatynskiego, drugim co do wielkości miastem Chorwacji po Zagrzebiu oraz największym i najważniejszym miastem krainy historycznej Dalmacji. Zobaczyliśmy wspaniałe mury pałacu Dioklecjana, a raczej szereg zabudowań znajdujących się na terenie pałacu.

Trogir jest także miastem portowym na wybrzeżu Morza Adriatyckiego. Znajduje się w środkowej Dalmacji, w okręgu Splicko-Dalmackim w Chorwacji. Połączony jest podnoszonym mostem z wyspą Čiovo. Starówka Trogiru wpisano  w 1997 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Ukoronowaniem imprezy były wodospady na rzece Krka. Słońce, spacer po drewnianych kładkach , szum wody , rechot żab nasuwały marzenia o nadchodzących wakacjach. Niezapomniane widoki malowniczych kaskad pozostaną na zawsze w głowie i na zdjęciach. Czas minął błyskawicznie!

Wycieczka była wspaniałą lekcją geografii, biologii, historii i sztuki. Chciałoby się takich, jak najwięcej .

Dziękujemy rodzicom, organizatorom i opiekunom wycieczki.


 
   

Iza Pogoda

Wycieczka do Chorwacji.

 

            Każdy z nas na pewno długo czekał na ten dzień. Aż wreszcie 14 maja o godzinie 640 wszyscy punktualnie zjawiliśmy się w wyznaczonym miejscu. Oczywiście czekał już na nas autobus oraz opieka. Po przydzieleniu miejsc, pożegnaniu się z rodzicami nareszcie wyruszyliśmy w stronę Chorwacji. Miejsca były już wcześniej ustalone, wystarczyło tylko zapoznać się z sąsiadami.  Na początek staraliśmy się odespać stracone godziny snu, a potem staraliśmy się zając czymś by czas podróży szybko uciekł.

Wreszcie po paru godzinach  dotarliśmy do Słowacji. Tam zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w kierunku Węgier. Godziny w dobrym towarzystwie szybko nam upływały i tak już w godzinach wieczornych dotarliśmy na pierwszy nocleg na Węgrzech. Po całym dniu spędzonym w autokarze odświeżyliśmy się, porządnie wyspaliśmy i rano po śniadaniu wyruszyliśmy dalej. Dotarliśmy tym razem do samej Chorwacji i już w porannych godzinach zwiedzaliśmy Jeziora Plitwickie. Widoki jakie tam podziwialiśmy są nie do opisania. Zresztą nie bez powodu Park ten zaliczany jest do światowego dziedzictwa naturalnego UNESCO. Przepiękne wodospady, roślinność  a nawet pływające rybki kusiły nas do robienia zdjęć. W końcu niewiadomo, może nigdy już nie zobaczymy czegoś  równie pięknego. Po zwiedzaniu ponownie wróciliśmy do autobusu i ruszyliśmy w głąb Chorwacji. Jechaliśmy, jechaliśmy i wreszcie udało nam się przekroczyć granicę w Bośni. Muszę przyznać, że czas naprawdę szybko mijał. Oglądaliśmy filmy, graliśmy w karty nie nudziło nam się wcale. Tym razem bardzo późno dotarliśmy do noclegu. Zmęczeni szybko poszliśmy spać.

            I tak nawet niewiadomo kiedy minęła kolejna noc. Rano wczesna pobudka a następnie wyruszyliśmy w dalszą podróż. Tym razem celem naszej wycieczki było zwiedzenie sanktuarium, miejsc objawień. Już wcześniej pani przewodnik opowiadała nam o ludziach, którym objawia się Matka Boska. Mieliśmy tak dużo szczęścia, że zobaczyliśmy Vickę, jedną z wybranych. Następnie mimo strasznego upału wspinaliśmy się kamienistą górę, gdzie Matka Boska objawiła się dzieciom. Zmęczeni zakupiliśmy pamiątki oraz pyszne lody i udaliśmy się dalej. Pewną rzeczą o której muszę wspomnieć są przepiękne widoki jakie mogliśmy podziwiać podróżując naszym wspaniałym pojazdem.

            Zapewne ciekawym punktem naszej wycieczki było zwiedzanie ogromnego miasta- Dubrownika. Panował tam świetny klimat. Dowiedzieliśmy się całej jego historii, która oczywiście bardzo nas zaciekawiła. Pani przewodnik pokazała nam również mnóstwo pięknych miejsc, ponownie mieliśmy okazję do zrobienia wspaniałych zdjęć. Następnie mieliśmy czas wolny, który wykorzystaliśmy na zakupy. Noc spędziliśmy w bungalach, gdzie mieliśmy zatrzymać się na 2 noclegi. Wreszcie mieliśmy okazję nacieszyć się widokiem morza, które mieliśmy na wyciągnięcie ręki oraz odpocząć.

            Strasznie szybko mijały dni.. można powiedzieć, że aż za szybko niestety.

Zwiedzaliśmy jeszcze Split, Trogir i Sibenik- kolejne miasteczka, które urzekły nas swoim urokiem. Split jest ogromnym miastem. Piękna promenada otoczona palmami, wąskie uliczki, port było tam wszystko! Czas umilał nam bardzo miły pan przewodnik, który z wielkim zaangażowaniem wtajemniczał nas w legendy, opowieści związane z tym fascynującym miejscem. Zanim się obejrzeliśmy już byliśmy w Trogirze. Mieliśmy szanse zrobić tam ostatnie zakupy. Były tam pyszne owoce, lecz niestety truskawek nie polecamy. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że grozi to wysypką. Mimo wszystko wysypka zeszła a nam pozostał ich wspaniały smak w ustach do dziś. Sibenik jest stosunkowo niewielkim miastem jednak warto było go odwiedzić.

            I tak praktycznie zakończyła się nasza wycieczka. Już w Drodze powrotnej zwiedziliśmy wodospady KRKA. To były dopiero widoki! Przepłynęliśmy także statkiem oraz udaliśmy się na dłuższy spacer. Przed podróżą ku Polsce bardzo dobrze nam to zrobiło.

            Moim zdaniem wycieczka ta była stanowczo za krótka! Może to przez nadmiar wrażeń bardzo szybko uciekł nam ten tydzień. Chorwacja jest bardzo pięknym krajem. I gdyby była tylko taka możliwość chętnie bym tam wróciła. Zresztą jak śmiem twierdzić wszyscy chętnie by to powtórzyli. Dołączam jeszcze zdjęcie by każdy mógł się przekonać, że naprawdę warto tam pojechać!

Zobacz zdjęcia
 

 
 
 
 
Anna Matonóg

Wycieczka do Chorwacji 14- 20.05.2007r.

 

         Oj, dłuuuugi był czas oczekiwania na wyjazd do Chorwacji. Każdy, gdyby tylko mógł, przyspieszyłby bieg wskazówek. Jednak warto było czekać, warto było się niecierpliwić, bo to, co zobaczyłam było niezwykłe. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że to państwo to istny raj na ziemi. Niesamowite wrażenia, widoki zapierające dech w piersiach, cudowny klimat- to tylko kilka argumentów, które sprawiają, że już teraz chciałabym tam powrócić.

         Wreszcie nadszedł 14. maja. Wszyscy z torbami i tobołkami ustawieni pod „Szwagrami” J, policzeni 3-krotnie siadają na swoich miejscach w środku lokomocji, który będzie woził nas przez kolejne 6 dni- oto Mercedes… co prawda autokar, ale zawsze MercedesJ. Przed nami bardzo długa podróż, którą zamierzam wykorzystać na obserwację (choć bardzo pobieżną- bo z okien autokaru) krajów, przez które będziemy przejeżdżać. I tak za przejściem granicznym w Chyżnym otwiera się Słowacja. Na północy górzysta z pięknymi zamkami orawskimi, na południu przechodząca w niziny. Jest tam mnóstwo lasów, dzięki czemu Słowacja w moich oczach wypadła, oczywiście, zielono.

Po paru godzinach jazdy wkraczamy na Węgry. Co mogę powiedzieć na temat tego państwa? To pola, pola i jeszcze raz niekończące się pola uprawne. I ten język… coś okropnego! Taki… pogańskiJ. Nie zrozumiałam ani jednego słówka, no, może jedno- TESCO. Jeszcze parę lat temu mówiło się o Węgrzech jako bardzo dobrze rozwiniętym państwie, stojącym dużo wyżej niż Polska, ale obecnie- Węgry są w stanie druzgocącego upadku. Podobno inflacja wynosi tam aż 20%! Budapeszt- brudny, zaniedbany, odrapany. Przynajmniej te dzielnice, przez które przejeżdżaliśmy.  Zauważyłam, że w wioskach węgierskich wszystkie domki wyglądają tak samo. Jeden obok drugiego, różniące się tylko kolorem, ale kształt wszystkie miały taki sam. To domki bardzo malutkie, zresztą takich wiosek na trasie naszego przejazdu było niezbyt wiele.

W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Harkanów, uzdrowiskowej miejscowości tuż przy granicy Węgiersko- Chorwackiej. Tam zatrzymaliśmy się na nocleg. Na kolację dostaliśmy coś dziwnego- gulasz z czymś, co przypominało zacierkę. Ku mojemu zaskoczeniu było smaczneJ. Po pokoju przemaszerował mi jakiś czerwony pluskwiak… trzask!... pluskwiaka już nie było…egzekucja została wykonana adidasem. Na szczęście był to jedyny przedstawiciel nieproszonych lokatorów. Ogółem- Węgry zaskoczyły mnie negatywnie, inaczej wyobrażałam sobie to państwo.

         Następnego ranka (we wtorek) wyruszyliśmy w dalszą podróż- wjechaliśmy na teren Chorwacji. Północno-wschodnia część tego kraju to Slawonia- obszar rolniczy, o dużej ilości wiosek. Tamtejsze wsie są bardzo czyste, bardzo zadbane. Mimo to Slawonia to obszar monotonny. W okolicach Zagrzebia zaczął padać deszcz… kap, kap… coraz mocniej, coraz gęściej. Ehhh… ja do pogody to mam zawsze takie szczęście- gdzie nie pojadę tam leje! To niesprawiedliwe! J Po ok. godzinie deszcz przestał zostawiać swoje ślady na szybach autobusu, jednak chmury złowrogo wisiały nad nami dalej. Dojeżdżaliśmy do Parku Narodowego Jezior Plitwickich wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Naturalnego UNESCO. W 1991 roku Serbowie aresztowali strażnika parku (Chorwata), po czym wyprowadzili go nad jezioro, do lasu i tam rozstrzelali. Był to bezpośredni pretekst do wywołania wojny domowej w byłej Jugosławii, w wyniku której powstały nowe państwa w Europie. Oczywiście przyczyn wybuchu wojny było więcej, takich jak różnice narodowościowe, różnice religijne, językowe, niesprawiedliwy podział kapitału, jednak zabójstwo strażnika stało się sygnałem do rozpoczęcia „wojny za ojczyznę”. Mimo, iż obszar Jezior Plitwickich już wtedy uznany był za Park Narodowy Serbowie zajęli cały ten teren- stał się on miejscem działań wojskowych. Wrócę jednak do teraźniejszości. Grupa (jak zwykle przeliczona 3 razyJ) skierowała się do wejścia na szlak. Już po paru minutach z ust gimnazjalistów wyrwał się odgłos zachwytu i podziwu. „Ja cieeee…” , „wow!”, „mistrzostwo świata!”, „ale piękne!”- takież odgłosy dało się słyszeć dookoła. Faktycznie, widok był oszałamiający! Niezwykle czysta, turkusowa woda przelewała się z jednego jeziorka do drugiego. Podeszliśmy pod największy
z tamtejszych wodospadów- Veliki Slap liczący sobie 72m wysokości. Wydał mi się bardzo wysoki, ale uprzytomniłam sobie, że najwyższy z wodospadów- Salto del Angel w Wenezueli jest ok. 10 razy wyższy! Ten to musi być olbrzym…

Spotkała nas tam miła niespodzianka- chmury rozgonił wiatr, a na niebie ukazało się cieplutkie, chorwackie słońce, które towarzyszyło nam później niemal przez cały czas. Woda w jeziorach miała niesamowitą barwę- intensywnego, mocnego turkusu, a była tak przejrzysta, że widać było dokładnie dno w każdym zbiorniku. Wszystko, co zanurzone, zatopione w wodzie było pokryte białym osadem- wapieniem, którego bardzo duże ilości niesie ze sobą rzeka Korana, na której właśnie utworzone są Jeziora. Piękna tego zakątka kuli ziemskiej nie da się jednak opisać, nie wyrazi tego też żadne, nawet najpiękniejsze zdjęcie- to po prostu trzeba zobaczyć. Największym jeziorem jest Kozjak, czyli Jezioro Kozie, po którym płynęliśmy statkiem- przeprawiliśmy się na jego drugą stronę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Szkoda, że byliśmy tam tak krótko. Po południu wsiedliśmy z powrotem do autokaru i jadąc przepiękną trasą, podziwiając niezwykle urokliwe Góry Dynarskie porośnięte roślinnością śródziemnomorską, udaliśmy się w kierunku Bośni i Hercegowiny. Do Međjugorie (kolejnego punktu naszej wyprawy) dotarliśmy bardzo późno. Jeszcze nigdy nie jadłam obiadu o godz. 24:00 J! Na stołach przygotowane były butelki z lokalnym winem, jednak nie uszło to uwadze pań nauczycielek, które szybko te butelki skonfiskowały J. A swoją drogą świadczy to pewnie o tym, że w Bośni wino pije się do obiadu i prawdopodobnie częstuje się nim dzieci i młodzież. Ale to tylko moje przypuszczenia- informacje nie sprawdzone.

         Međjugorie to niewielka miejscowość na terenie Hercegowiny- miejsce objawień Maryjnych. 25 czerwca 1981 roku sześciorgu dzieciom, które przebywały na tamtejszym wzgórzu ukazała się Matka Boska, która przewidziała wybuch wojny bałkańskiej. Zapytana kim jest, odpowiedziała: „Jestem Królową Pokoju”. Dzieci miały przekazywać jej orędzie ludziom. Kiedy Serbowie dowiedzieli się o całym wydarzeniu, ogrodzili szczyt wzniesienia drutem kolczastym i postawili dookoła straże. To jednak nie pomogło- Maryja ukazała się dzieciom w innym miejscu- poniżej ogrodzenia. Na sąsiednim wzgórzu ustawiono kamienny krzyż. Podobno od tego czasu owy krzyż obrócił się kilkakrotnie wokół własnej osi, a nad nim ukazał się napis „Mir” co w języku chorwackim oznacza „pokój”. Czwórka z dzieci, które wówczas widziały Matkę Bożą (dziś to już dorosłe osoby, posiadające własne rodziny) ma widzenia codziennie, aż do tej pory, a dwójka ma widzenia okresowo- co jakiś czas. Mieliśmy szczęście zobaczyć jedną widzkę, która ma codzienne objawienia. Pod jej domem zebrał się tłum ludzi oczekujących na błogosławieństwo. Na początku każdy modlił się sam, w skupieniu. Następnie wszyscy odmawiali modlitwę „Zdrowaś Mario” chyba we wszystkich językach świata, po czym widzka wyszła do ludzi, pobłogosławiła ich i pozdrowiła. Wyszliśmy także na górę objawień, zobaczyliśmy kościół Św. Jana oraz drogę krzyżową w pobliżu tejże parafii. W „Oazie Pokoju” znajduje się figura Chrystusa Ukrzyżowanego z prawdziwymi włosami i skórą! Właśnie tam, w Međjugorie, po raz pierwszy zobaczyłam roślinność twardolistną i ciepłolubną. Figi, cyprysy, krzewy podobne do naszych jałowców, gorące, bałkańskie słońce oraz opowieści zasłyszane w tym miejscu- to wszystko nadawało temu miejscu jakąś cudowną atmosferę pełną uroku, zachwytu i refleksji. Nawet my, gimnazjaliści, na chwilę przestaliśmy rozrabiaćJ. Miejscowość ta nie jest jeszcze uznana przez Watykan za oficjalne miejsce kultu Maryjnego, jednak wciąż trwają badania i zbieranie dokumentów, aby świętość tego miejsca ogłosić.

Czas wracać na teren Chorwacji. Zatrzymaliśmy się w Kleku, miejscowości typowo turystycznej. Składa się on wyłącznie z niewielkich hoteli, pensjonatów oraz domków z pokojami do wynajęcia- brak tam gospodarstw prywatnych. Klek jest bardzo mały, zajmuje obszar zatoczki Morza Adriatyckiego nieopodal ujścia Neretwy- rzeki o cudownym, zielono-niebieskim kolorze. Neretwa tworzy deltę i rozlewiska, które sprawiają, że teren ten jest niezwykle żyzny- przez Chorwatów został nazwany „chorwacką Kalifornią” ze względu na uprawy dosłownie wszystkiego, łącznie z ryżem. Powracając do tematu Kleku- Góry Dynarskie (na zboczach których położona jest miejscowość) schodzące wprost do Adriatyku powodują, że krajobraz jest naprawdę oszałamiający. Mogliśmy skorzystać z tamtejszej, żwirkowej plaży- niektórzy (w tym ja) zdążyli zażyć kąpieli morskiej w straaasznie słonej wodzie. Przed hotelem, w którym mieszkaliśmy rósł gaj oliwny- przywiozłam sobie gałązkę oliwną, z trzema oliwkamiJ.

         Czwartek przeznaczyliśmy na całodzienną wyprawę do perły Adriatyku- Dubrownika znajdującego się poza siedemnastokilometrowym dostępem Bośni do morza, przez co Chorwacja jest przedzielona na dwie części. Chciałabym w tym miejscu przytoczyć zabawne przejęzyczenie pani pilot wycieczki. Otóż opowiadała nam o faunie i florze półwyspu Peliesač „…na półwyspie tym żyją muflony. Muflony to takie zwierzątka z zakręconymi uszami”. W tym momencie w autokarze wybuchła ogólna wesołość J. Pani Anna zorientowawszy się, że powiedziała coś nie tak, zaczęła się poprawiać: „to znaczy… nie z uszami, tylko z tym… no… z rogami! Ale to takie podobne!” Dobry humor dopisywał do końca wycieczki.

Dubrownik uważam za najpiękniejsze miasto! Jeszcze do niedawna sądziłam, że jest nim Kraków, ale odkąd zobaczyłam średniowieczną Raguzę- zmieniłam zdanie (Dubrownik był wcześniej nazywany Raguzą). Czekała tam na nas przewodniczka- Polka, która przybliżyła nam dzieje tego miasta. Na murach budynków widnieje wiele śladów po kulach z czasów wojny ojczyźnianej. Miasto było doszczętnie zniszczone- ostrzeliwane z lądu, wody i powietrza. Nie poddało się jednak, gdyż Serbowie nie znaleźli i nie zdołali zniszczyć wodociągów doprowadzających do miasta wodę z gór. Na szczęście Chorwaci odbudowali miasto. Myślę, że państwo to po wojnie podniosło się naprawdę bardzo szybko. Zaraz za bramą Pile prowadzącą do miasta znajduje się studnia Onufrego, w której wykonano 16 głów- otworów, z których cieknie woda. Miejscowi mówią, że jeżeli wypije się z tej studni 16 łyków wody, to na pewno powróci się kiedyś do Dubrownika. Niezwykle ucieszył mnie widok pomarańczy rosnących na drzewach- co prawda były to owoce zeszłoroczne, zostawione tylko jako atrakcja turystyczna, ale to nic- i tak pierwszy raz widziałam drzewo pomarańczoweJ. Niezapomniany widok roztacza się z murów miejskich- widzi się tylko i wyłącznie czerwone dachy, nie ma innego koloru dachówek. Do tego czyściutki, przejrzysty Adriatyk, palmy i wąziutkie uliczki z niezliczoną ilością schodów- cudowne! W Dubrowniku warto przejść główną ulicą starego miasta przez Wenecjan pogardliwie nazwaną Stradun- Uliczyskiem (taką nazwę nosi po dziś dzień) od Studni Onufrego do pomnika Orlanda i kościoła Św. Błażeja- patrona miasta. Nieco dalej, za kościołem Św. Błażeja znajduje się pałac rady miejskiej, Katedra Św. Anny, niewielki plac targowy nad którym unosi się zapach sprzedawanych tam olejków lawendowych, a także klasztor Jezuitów. To po prawej stronie Stradunu (stojąc tyłem do bramy wejściowej). Natomiast po lewej stronie jest Kościół pod wezwaniem Zbawiciela oraz klasztory: Franciszkanów i Dominikanów. W czasie wolnym wyszłam przed mury obronne- na skalisty klif, z którego roztacza się wspaniały widok na otwarte morze i Lokrum- przeklętą wyspę.

Zaskoczył mnie widok wody w porcie. Otóż mając w myślach wyobrażenie polskiej przystani, gdzie woda jest po prostu brudna i żółta, zobaczyłam przejrzysty i czysty port dubrownicki, gdzie pływały rybki, a kraby wygrzewały się na betonowych stopniach! I w końcu lody- nigdzie nie jadłam pyszniejszych- choć może równie dobre jadłam raz, w Krynicy Zdroju. Dubrownik urzekł mnie swym pięknem. Temperatura podczas naszego zwiedzania na pewno przekraczała 30oC, ale nie była tak odczuwalna jak w Polsce. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Neum- bośniackiej miejscowości ma drobne zakupy.

         Kolejnego dnia odwiedziliśmy Split- miasto z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Założył je cesarz Dioklecjan, który abdykował 6 lat przed swoją śmiercią (a zwykle cesarz pozostawał głową państwa do końca swoich dni) i powrócił w swoje rodzinne strony (pochodził z Salony- tuż obok Splitu). Zobaczyliśmy mury Pałacu Dioklecjana, liczące ponad 1700 lat! Nazwa „pałac” jest jednak mylna- to nie budynek, lecz teren całego starożytnego kompleksu, jakim było miasto. Dziś pałac to tylko mury, wśród których zostały wybudowane domy mieszkalne, sklepy, kawiarenki. Prowadzą do niego cztery bramy: miedziana (lub, jak niektóre źródła podają, brązowa)- główna, niegdyś morze dochodziło pod nią samą, ale brzeg przez lata został dosypywany, przez co morze oddaliło się od murów, a także srebrna, złota i żelazna. Oczywiście Split już dawno rozrósł się poza teren starówki- dziś to drugie co do wielkości, po Zagrzebiu, miasto w Chorwacji. Naszym oczom ukazały się wspaniałe kolumny w stylu korynckim wykonane z czerwonego granitu z Luksoru. Paradoksalnie stało się tak, że na miejscu mauzoleum Dioklecjana znajduje się dziś katolicka katedra pod wezwaniem Św. Dujma- Dioklecjan był jednym z największych prześladowców chrześcijan. Obok katedry znajduje się Sfinks przywieziony z Egiptu, który został zniszczony przez chrześcijan w odruchu buntu przeciwko cezarowi. Na całe szczęście dziś poskładany zajmuje bezpieczne miejsce. W Splicie (już poza pałacem) znajduje się olbrzymi posąg Grzegorza z Ninu- biskupa, autorstwa najsłynniejszego chorwackiego rzeźbiarza- Ivana Meštrowicia. Tu także istnieje legenda dotycząca powrotu do miasta- tyle, że nie trzeba pić wody, tylko potrzeć ogromny palec u nogi biskupa. Niedawno przed pałacem od strony morza został otwarty nowy, wyremontowany deptak- Promenada Palmowa, która łączy w sobie elementy nowoczesności i egzotyki.

Tym razem oprowadzał nas Chorwat mówiący po Polsku (ma żonę z Poznania). Mogę potwierdzić teorię, że ludzie południa mają w sobie więcej energii i temperamentu niż mieszkańcy północnych regionów. Pan przewodnik mówił szybko, głośno, dobitnie i jeszcze gestykulował rękami, podczas gdy oprowadzające nas Polki mówiły spokojnie, powoli, z niezwykłym opanowaniem. Niestety, spędziliśmy tu mniej czasu niż w Dubrowniku, ale musieliśmy się stawić na określoną godzinę w Trogirze.

         Trogir to mała perełka Adriatyku. Na głównym placu starego miasta (obecnie plac Jana Pawła II) znajdowały się trzy ośrodki władzy- kościelna (w katedrze Św. Wawrzyńca i Bł. Jana), miejska (pałac miejski) i sądownicza (dawna sala sądowa). Są tam też pozostałości po łańcuchach, do których przykuwano niewiernych mężów, natomiast niewierne żony topiono w studni. W Trogirze również nie brakowało wąziutkich uliczek. Kiedy do miasta przybywało coraz więcej ludzi i gdy nie mieli się już gdzie pomieścić, zaczęli budować mieszkania zawieszone między innymi domami- ponad ulicą. Wygląda to fantastycznie, ale mieszkać w czymś takim- ciężko. Chyba jako jedyna w ramach czasu wolnego wyszłam na wieżę katedry, skąd zobaczyć można dalszą część miasta, pobliskie wysepki i wspaniałe okolice. Piękny widok! Z eleganckiej Rivy podziwiać można Twierdzę Kamerlengo, służącą jako twierdza obronna miasta. Na trogirskim targu widzieliśmy naturalne gąbki i koralowce.

Tę noc spędziliśmy w bardzo dużym ośrodku „Medena”. Próbowaliśmy znaleźć jakiś polski kanał telewizyjny na satelicie, ale TV „Trwam” było jedyną dostępną stacjąJ.

         Na ostatni dzień przypadło nam zwiedzanie Parku Narodowego Krka. Pierwszy odcinek trasy przepłynęliśmy statkiem w górę rzeki. Strasznie wiało, ale słonko towarzyszyło nadal. Po drodze mijaliśmy łabędzią rodzinę i kormorana czarnego, który przysiadł sobie chwilowo na pniu wystającym z wody. Niezwykle podobał mi się las cyprysowy porastający wzgórza rozciągające się po obu stronach rzeki. Dalszą trasę przeszliśmy na nogach. Ujrzeliśmy genialne kaskady z hukiem przelewającej się szmaragdowej wody.

Całe mnóstwo ryb przepływało pod kładkami przeznaczonymi dla turystów, a dookoła fruwały śliczne, niebieskie ważki. Wspaniałe rozlewiska mas wody czynią krajobraz po prostu bajkowym.

Pani Beata Ubik spotkała w Parku swoją znajomą z TrzebiniJ. Jaki ten świat jest mały!

Do zaliczenia pozostał już tylko Szybenik. Miasto z piękną katedrą Św. Jakuba, której kopuła została trafiona pociskiem podczas wojny ojczyźnianej. Kopuła została odremontowana, a ściany katedry odczyszczone. Obok katedry zobaczyliśmy pozostałości weneckie- loże, obecnie zamienione na urząd miasta. Niegdyś narożniki domów zdobiono kolumienkami- pozostały one do dziś. Ciekawym miejscem było podnóże budynku, przy którym wmurowane są dwie kamienne miseczki przeznaczone na jedzenie i picie dla kotów i psów. Mieszkańcy dbają o czworonogi i aż po dziś dzień kontynuują tradycję. Mimo to zastaliśmy miseczki puste- pani przewodnik powiedziała, że zdarzyło jej się to po raz pierwszy- do tej pory zawsze była w nich świeża woda.

Pozostałości po średniowiecznej klimatyzacji- dwie wypustki u góry, po obu stronach okna z otworem w środku. W otwory wkładało się kij i na nim zawieszało mokrą, białą tkaninę, dzięki czemu żar nie dostawał się do środka mieszkania. Z murów wystają żelazne uchwyty- służyły one do rozwieszania i suszenia żagli przed dalszą podróżą.

W Szybenickim porcie, którym jest zatoczka połączona z  otwartym morzem jedynie wąską cieśniną, jest woda słono-słodka, gdyż miesza się tam woda morska i słodka woda z rzeki Krk, która w tym miejscu uchodzi do Adriatyku.

Podczas spaceru widziałam wielki cedr libański rosnący u stóp katedry, palmy,
a także jukki i agawy co świadczy o tym, że w tamtejszych regionach nie ma mrozu- w przeciwnym razie agawy uschłyby. Pięknie prezentował się zespół folklorystyczny w ludowych strojach, który mijaliśmy po drodze.

         W Chorwacji zastanowił mnie pewien szczegół. Gdziekolwiek byliśmy, widzieliśmy chorwackie flagi- dosłownie były wszechobecne. Chorwaci czują się wielkimi patriotami, szczególnie po niedawnym odzyskaniu niepodległości. A w Polsce… no cóż, flagi narodowe spotyka się sporadycznie, a i tak w większości na urzędach państwowych. Wygląda to tak, jak gdybyśmy wstydzili się własnej flagi, nie czujemy się do niej przywiązani, a szkoda…

         Rewelacyjne jest to państwo- raj na ziemi. Niezwykle czyste, zadbane. Ludzie utrzymują się wyłącznie z turystyki- zero przemysłu. Nie znajdziemy tam dymiących fabryk, dzięki czemu ani woda, ani powietrze i gleba nie są skażone. Woda jest czysta do tego stopnia, że podawano nam ją do obiadu prosto z kranu- bez przegotowania. Można ją też śmiało pić z miejskich studni.

Chorwacja ma niezwykłe zasoby przyrody i piękne skarby architektury- tylko pozazdrościć. Z nieopisanym żalem usadowiliśmy się na miejscach w autokarze i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Aby dokładnie poznać Chorwację należałoby zostać jeszcze tydzień, albo dwa, co każdy z chęcią by uczynił, ale czas naglił… W Trzebini zawitaliśmy na godz. 10:10. Już teraz wiem, że chcę tam w przyszłości powrócić…

 

Wycieczka została zorganizwana przez nauczyciela geografii p. mgr Barbarę Jelonek.